W głowie mamy mieszkają lęki. Czasem są niewielkie i pozornie nieszkodliwe, a jednak równie uciążliwe jak latający nad uchem komar. Wbijają od czasu do czasu bolesne szpileczki, udając z niewinną miną: „To nie my, to życie”. Innym razem rosną do monstrualnych rozmiarów i rozszalałe jak bestia, atakują z krzykiem. Budzą wtedy w nocy, malują przed oczami straszne scenariusze, licząc z satysfakcją coraz szybsze uderzenia matczynego serca, które zaczyna bić w szalonym tempie. Bo być może. Bo  co by było gdyby. Bo nie jestem w stanie nad wszystkim zapanować (a chcę panować, nawet jeśli z przekonaniem powtarzam, że Panem jest Jezus).

Lęki wiją sobie wygodne gniazdko wszędzie tam, gdzie znajdą choćby niewielką przestrzeń niepewności. Siedzą cichutko, tak by trudno je było wyśledzić i pojawiają się znienacka. Gdy matka myśli o teraźniejszości i przyszłości, o zdrowiu, pieniądzach i relacjach. Gdy rozlicza się z wypowiedzianych w zmęczeniu słów, z ilości czasu, jaką ma dla siebie i innych, z pomysłów na to, jak układać rodzinną codzienność. Gdy patrzy na listę zajęć pozaszkolnych i zastanawia się, czy jej dziecko będzie miało dobry start w dorosłość, skoro nie zapewnia mu wszystkich możliwych środków do wszechstronnego rozwoju. Gdy patrzy na tę samą listę zajęć, niepokojąc się, czy wszechstronny rozwój nie jest jednak zbyt dużym obciążeniem i czy ważniejsza nie jest jednak zabawa i odpoczynek. Gdy patrzy w lustro i widzi, że ciągle jej czegoś brakuje więc – o zgrozo – czy tego samego braku nie doświadczą jej dzieci?

W głowie mamy mieszkają lęki. Mama robi więc czasem to samo, co ludzie robili od wieków, zwłaszcza gdy dotykało ich nieszczęście: „Święty Boże, święty mocny… Od powietrza, głodu, ognia i wojny Wybaw nas Panie!”  Z tym że mama robi to po swojemu. Od serca i po prostu, bez procesji i pieśni, w czasie pielgrzymowania z pracy do domu albo od sterty prania do kuchni. Mama śpiewa po swojemu i po swojemu prosi – bo lęk obrany w słowa w jakiś dziwny sposób staje się mniej straszny.

Od głodu miłości, który próbujemy zaspokajać jej namiastkami – wybaw nas, Panie!

Od ognia, który zamiast rozpalać serce, trawi jak gorączka i wypala – wybaw nas, Panie!

Od wojen, które toczymy zamiast rozmawiać i próbować zrozumieć – wybaw nas Panie.

Od braku wolności, który pcha do niemądrych wyborów – wybaw nas, Panie!

Od niemądrych wyborów, których konsekwencje spadają na nasze rodziny – wybaw nas, Panie!

Od raniących słów wypowiadanych w emocjach, zmęczeniu i smutku – wybaw nas, Panie!

Od kłótni, podziałów, niezrozumienia – wybaw nas, Panie!

Skrusz mury, które budujemy. Naucz patrzyć z miłością najpierw na swoje odbicie w lustrze, a potem na naszych najbliższych. I tych trochę dalszych, a w końcu – tych, którzy ranią i odpychają.  Pozwól doświadczyć, że prawdziwa miłość naprawdę usuwa lęk, a tam, gdzie codzienność przytłacza tak, że już nie potrafimy się modlić, Ty nie tylko wybawiasz czy okazujesz miłosierdzie. Ty się nad nami uśmiechasz.* Czule i z troską – w taki sposób, by nawet mama miała szansę przypomnieć sobie, że jest też dzieckiem i że jest Ktoś, kto nad wszystkim czuwa… :)

_______________________________________________________

Boże po stokroć święty mocny i uśmiechnięty

iżeś stworzył papugę zaskrońca zebrę pręgowaną

kazałeś żyć wiewiórce i hipopotamom

teologów łaskoczesz chrabąszcza wąsami

dzisiaj gdy mi tak smutno i duszno i ciemno

– uśmiechnij się nade mną.

(ks. Jan Twardowski, Suplikacje)