Tu jest Polska.

„Kto ty jesteś? Polak mały!” – gdy uczyłam się tych słów, Rzeczpospolita Polska była jeszcze Ludowa, a na muzyce śpiewaliśmy:  „Na barykady ludu roboczy”. Od tego czasu zmieniło się sporo. Nie ma już pochodów pierwszomajowych, choć zdarzają się te listopadowe – dużo mniej sympatyczne. I bez gołąbka pokoju.

„Tu jest Polska” – krzyczy ze zdjęcia jeden z transparentów z 11 listopada poprzedniego roku. Tu – czyli gdzie? Zastanawiam się nad tym, po raz kolejny dziwiąc się, jak bardzo jesteśmy podzieleni. Daliśmy sobie wmówić, że są wśród nas patrioci pierwszej i drugiej kategorii – i że kryterium oceny stanowi sympatia do określonych mediów, przynależność partyjna albo stopień fascynacji Żołnierzami Wyklętymi…

Żołnierze Wyklęci

W klasie maturalnej zdarzały się noce, w których budziłam się zlana potem. „Medaliony”, wiersze Baczyńskiego, Powstanie, piekło obozów koncentracyjnych i mydło wyrabiane z ludzkiego tłuszczu – o tym czytałam. A w nocy przeżywałam to wszystko raz jeszcze i dosłownie umierałam – wielokrotnie i w ramach przeróżnych, pisanych przez moją wrażliwość i bujną wyobraźnię scenariuszy. Mimo pilnej nauki do matury (historia – na 5), nie zgłębiłam historii na tyle, by móc oceniać życie w tamtych realiach. Jednocześnie poznałam ją dość mocno, by wiedzieć, że mało jest ludzi, których losy można opisać jedynie w tych dwóch barwach: czarnej i białej. Nie oznacza to jednak, że nie można ich zapisać w bieli i czerwieni.

Nie, nigdy nie przyłączyłam się do entuzjastycznych czcicieli pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jedynym pochodem, w którym wzięłam udział, jest ten pierwszomajowy – w dzieciństwie. I procesje Bożego Ciała, o ile można je w to wliczyć – a i to nieczęsto, bo nie lubię tłumów. Nie mam żadnej koszulki w barwach narodowych, choć pamiętam o tym, by 11 listopada przed naszym domem wywiesić flagę. Nie zgadzam się na stereotyp „Polaka-katolika”, choć całym sercem kocham Kościół. Nie widzę zagrożenia w podejmowaniu dialogu z ludźmi myślącymi i wierzącymi inaczej, nie widzę go też w uciekających przed wojną dzieciach z Syrii…

Nie wykrzykuję haseł dotyczących patriotyzmu. Nie lubię ich nawet. Dlatego w dni takie jak ten, tuż przed świętowaniem kolejnej rocznicy odzyskania niepodległości, zastanawiam się, czy przypadkiem nie jestem patriotką – ale inaczej. Po swojemu.

Patriotyzm Domowy

Słowa znanego wierszyka o „Polaku małym” powtarzają moje dzieci. Niekiedy miłość do Ojczyzny wiedzie też dosłownie przez żołądek – to zdjęcie z naszego domowego archiwum sprzed dokładnie 2 lat: 

Najważniejsze są jednak opowieści – a te można snuć nie tylko przy czekoladowych babeczkach. Można opowiadać je w czasie wakacyjnych wycieczek, gdy Śpiący Rycerz w Tatrach aż prosi o to, by o nim wspomnieć. Można też mieć oczy i uszy szeroko otwarte, wykorzystując zwyczajne okazje do tego, by przybliżyć dzieciom historię, która nie jest abstrakcyjna, ale konkretna, bo nasza. Ostatnio udało nam się to pierwszego listopada, gdy dzieci mogły m.in. zapalić znicze na grobie osób zamordowanych w hitlerowskim obozie Stutthof. A to jest historia szczególna i osobista – taka, którą trzeba dawkować mądrze, w odpowiednich proporcjach i stosownie do wieku. 

Historia najbliższa

Przedmioty bywają niemymi świadkami ludzkich losów. Gdyby nasza komoda potrafiła mówić, ujawniłaby historie, o których pewnie nam się nie śniło. Jest jednak inaczej, a jedynym znakiem dawnych przeżyć są wyłamane i niezbyt wprawnie naprawione zamki w jej drzwiach.

Kilkadziesiąt lat temu zniszczyło je Gestapo, zabierając potem pradziadka w nieznane i próbując rozpracować całą siatkę osób działających w Tajnej Organizacji Wojskowej „Gryf Pomorski”. To, co nastąpiło później, z dzisiejszej perspektywy nadaje się na dobrą książkę: moja prababcia szukająca męża, przebywająca na piechotę setki kilometrów, by tylko zdobyć informację o nim. Wojenne życie, w którym na prześcieradłach haftowało się obrusy, sprzedając je na wsi za jedzenie. Ucieczka z obozu – na rowerze, pomimo ciężkiej choroby (jaką był wszechobecny tyfus), po upiciu strażników spirytusem, który pradziadek jako mistrz ślusarski otrzymał do czyszczenia części samolotowych. Z perspektywy czasu – historia, jakiej nie powstydziłby się Indiana Jones. Wtedy jednak to była prawdziwa walka o Polskę. Walka na życie i śmierć. To był patriotyzm daleki od pisania internetowych komentarzy z perspektywy ciepłych kapci i miękkiego fotela, daleki od pseudozaangażowania, jakim jest wywijanie czerwono-białymi szalikami, zwłaszcza po to, by być przeciwko (komukolwiek). To są wzorce, jakich potrzebują nie tylko moje dzieci, ale i ja sama – zwłaszcza wtedy, gdy zastanawiam się nad tym, dlaczego zamiast odmienianego przez wszystkie pełne kłótni przypadki słowa „Ojczyzna” wolę po prostu „Polska”…

Tu jest Polska

W domu. W kuchni, w której jest włoskie spaghetti, grecka chałwa i amerykański popcorn, ale też swojski, domowy chleb i ciasto na piernik staropolski, które już ponoć dojrzewa u Babci :) W pamięci pielęgnowanej na co dzień, w rodzinnej historii i w możliwości zapisywania kolejnych jej kart. Polska jest tu, gdzie mamy świadomość naszych korzeni i potencjału, jakie nam one dają. Polska jest tu. Nie trzeba o tym krzyczeć, żeby tego doświadczyć. Nie trzeba z tym hasłem wychodzić na ulicę ani nawet w internety. Trzeba je po prostu poczuć i uczynić ważnym – po domowemu albo inaczej. Po prostu – po swojemu.

 

 

 

mój mały dzikus.

Dziki chłopiec – sensacyjne odkrycie. W małej wiosce na południu Francji schwytano dziecko, wychowane przez las – nagie, jak je Pan Bóg stworzył i zachowujące się podobnie do zwierząt. „Czy to przedstawiciel gatunku Homo ferus, czyli dziki człowiek?” – zastanawiali się naukowcy, poddając go badaniom i obserwacji. „Czy to w ogóle człowiek taki jak my?” – pytali inni.

Chłopiec nie znosił ubrań, a gdy mu je zakładano, nieustannie próbował z siebie zedrzeć. Żywił się żołędziami i ziemniakami, bardzo powoli oswajając nowe smaki. Unikał tłumów i bał się ludzi w mundurach. A gdy widział za oknem księżyc w pełni – gdy widział go daleko, poza jego zasięgiem, ponad dachami domów, w labiryncie których był uwięziony – zawodził smutno, wpatrując się w dal.

Chłopiec był dziki, to nie podlegało wątpliwości. A jednak ktoś zobaczył w nim nie tyle zjawisko czy obiekt obserwacji, lecz człowieka. Ktoś nadał mu imię – i to nie byle jakie. Wiktor, czyli zwycięzca. Ktoś uwierzył, że jest w stanie dorosnąć do tego imienia. I choć nauczyciel Wiktora był tylko człowiekiem, omylnym i nie zawsze podejmującym dobre decyzje, wykazał się cierpliwością i szacunkiem, jakim rzadko darzono dzieci w tamtym czasie.

Lektura książki „Dziki chłopiec” (Mary Losure) jest przejmująca, zwłaszcza gdy jest się mamą i postępuje w życiu według zasady „wszystkie dzieci nasze są”. Żadne dziecko nie powinno zostać porzucone, odrzucone, zapomniane. Żadne nie powinno być bezdusznie traktowanym obiektem badań. Żadne dziecko.

Również to, które jest we mnie…

Mam czasem wrażenie, że we mnie też mieszka „mały dzikus”, którego niekiedy próbuję schwytać, związać i zmusić do tego, czego robić nie chce. „Mały dzikus” nie pasuje do tego, co ma być idealne, poukładane, perfekcyjne. Nie próbuję go wysłuchać. Nie próbuję spojrzeć mu w oczy i zapytać, czego mu naprawdę potrzeba. Nie zawszę daję mu nawet prawo do bycia – we mnie. Na szczęście jest Ktoś, kto nadał mi to samo imię – imię zwycięzcy. Ktoś wierzy, że mogę do niego dorosnąć, że mam w sobie dobro, któremu wystarczy zrobić tylko trochę miejsca, by zakwitło, a potem wydało plon stokrotny. Chociaż ja czasem traktuję moje słabości tak, jak niektórzy traktowali „dzikusa z Aveyron”, dla Boga nie jestem bezimienną istotą, sprawiającą jedynie problemy. On nadał mi imię i wypowiada je z miłością. Nadał je również Tobie – imię wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju. Odważysz się wsłuchać w siebie, by je poznać?…

Relację o dzikim chłopcu z Aveyron można czytać na wiele sposobów. Może inspirować, tak jak zainspirowała Marię Motessori. „W dzisiejszych czasach dzieci mają o wiele większą swobodę uczenia się zgodnie z własnym upodobaniem niż miałyby pewnie, gdyby dziki chłopiec i jego nauczyciel nie spotkali się dawno temu w Paryżu” – pisze autorka książki i zapewne ma rację. Ta opowieść dla mnie jest jednak czymś więcej. To refleksja nad tym, w jaki sposób reaguję na to, co nie pasuje do ogólnie przyjętych norm i schematów, abo wręcz burzy porządek, do którego jestem przyzwyczajona. Jak reaguję na wybryki mojego wewnętrznego dziecka? Czy chcę słuchać tego, co próbuje mi powiedzieć, a czasem wręcz wykrzyczeć? I czy dam mu – dam sobie – wolność poszukiwań tego, czego naprawdę pragnie?

„Przed nimi rozciągały się ciemne, puste ulice, a za nimi otwarte pola, las, wolność… a jednak… mężczyzna nie pozwolił chłopcu wyjść. Innej nocy Bonnaterre zakradł się cicho do pokoju chłopca, który spał na swoim sienniku okryty tyko płóciennym prześcieradłem. Leżał zwinięty w kłębek, z piąstkami wciśniętymi w oczy, twarzą przy kolanach. Skulony tak, jakby bronił się przed całym światem. Musiał przedstawiać bardzo smutny widok, jednak naukowiec zdawał się nie odczuwać żadnego współczucia.”

A wystarczyło tylko – przytulić…

(Fragment tekstu i ilustracje – „Dziki chłopiec. Prawdziwe życie dzikusa z Aveyron” Mary Losure, Wydawnictwo Meandry)

 

gdy oceniasz.

Pojawiają się w różny sposób – pod wpisami na blogu, na facebooku i w prywatnych wiadomościach. Wykrzykniki i znaki zapytania. Oburzenia, utyskiwania, niedowierzania i dobre rady. Przynosi je każdy tekst, w którym wyrażam jakąś swoją opinię (a tych było ostatnio sporo) i to dość naturalne. A ja przywykłam. Każdy ma przecież prawo do wypowiedzenia swojego zdania.

Dialog może być drogą do mądrości, a przynajmniej do zdobywania wiedzy (zarówno o świecie, jak i o sobie). Nie bez powodu to właśnie metodę odpowiedniego prowadzenia dyskusji stosował Sokrates w stosunku do swoich uczniów. Tyle że tam punktem wyjścia było „wiem, że nic nie wiem”. My często startujemy z poziomu: „wiem wszystko i muszę się tym z Tobą podzielić”.

Piszę te słowa dlatego, że sama czuję, jak często porywa mnie chęć wypowiedzenia ostatniego zdania w sporze, przekonania rozmówców i podkreślenia, że to ja, to właśnie ja mam rację. Zapominam przy tym często, że nawet jeśli faktycznie mam rację, to ten fakt wcale nie jest taki ważny. Najważniejsze przykazanie nie dotyczy naszej nieomylności, biegłości w dyskusji i stopnia wygadania. Dotyczy miłości. Cóż więc mi z tego, że mam rację, jeśli po drodze obrażę drugiego człowieka, podepczę oponentów i zapomnę o Ewangelii? Kogo będę wtedy głosić – Pana Boga? Czy raczej siebie?

(I wiem, wiem – w świątyni Jezus poprzewracał stoły i wygonił z niej przekupniów. Ja jednak myślę sobie, że „co wolno wojewodzie…”*. I tak dalej :) )

Chciałabym zostać dobrze zrozumiana, bo piszę te słowa również dla siebie. Ostatnimi czasy, zwłaszcza w związku z Halloween, dostałam różnymi drogami kilka wiadomości o tym, żeby „unikać wszystkiego, co ma choćby pozór zła” (1Tes 5,22). Pomyślałam wtedy, że łatwo jest nam widzieć  „pozór zła” w tym, że inni przebierają się w upiorne kostiumy, że inni popierają aborcję, że inni nie popierają różańca do granic. Dużo trudniej zobaczyć w sobie to, co nie tylko ma pozór zła, co nie tylko jest źdźbłem, lecz wręcz belką w oku. I podkreślam raz jeszcze – piszę tu też o sobie, po refleksji na temat tego, jak bardzo chciałabym, by inni podzielali moje spojrzenie na świat.

„Gdy oceniasz ludzi, nie masz czasu ich kochać” – powiedziała Matka Teresa. Trudno o bardziej trafne podsumowanie tego, co się we mnie dzieje. Trudno o lepszy punkt wyjścia – i wejścia w kolejny tydzień, który oprócz naszych przepychanek powszednich przyniesie również dyskusje o Halloween i o pięćsetnej rocznicy reformacji. Chciałabym w nadchodzących dniach (i później też!) mieć w sobie tyle wolności, by dać do niej prawo również innym. Prawo do patrzenia inaczej na siebie, świat, wiarę i Boga. Prawo do myślenia, przeżywania swojej relacji z Panem, bycia niedoskonałym i nie spełniania moich oczekiwań (bo w sumie kim ja jestem, byś musiał/musiała spełniać moje oczekiwania, nie? :) )

Tak naprawdę każdy z nas w jakimś sensie błądzi – każdy z nas, nawet jeśli wydaje mu się, że wiele już wie i mógłby w związku z tym pouczać innych. Ale na tych wyboistych drogach odkrywania swoich prawd i ścierania się z przekonaniami innych, mamy szansę spotkać się z Kimś, kto chce nam towarzyszyć, tak samo jak uczniom w drodze do Emaus. Jeśli uda się w tym wszystkim odnaleźć Jego, to wygramy dużo więcej, niż tylko wojnę na argumenty w dyskusji…

[*”to nie tobie, kasztelanicu” – zwykł mówić mój nauczyciel gry na pianinie]

 

nie chodzi mi o dynię.

Nie chodzi mi o dynię. Dynia jest fajna. Nie lubię jej smaku, ale uwielbiam jej niesamowity kolor, który idealnie współgra z barwą liści za oknem i rozgrzewa, gdy tylko się na niego spojrzy. Nie chodzi mi też o świętowanie Haloween. To temat budzący w katoświecie ogromne emocje, a ja również niekiedy jestem adresatką pytań z nim związanych. Na szczęście nie jestem ekspertem od zagrożeń duchowych, mogę więc pozwolić sobie na komfort odsyłania zainteresowanych do osób z magicznym mgr z teologii przed nazwiskiem. Ja z kolei słucham swojej intuicji. A ona podpowiada mi, że mamy szczęście, bo nie mamy upiornych przebrań, za to w szkole odbywa się bal jesienny. I jest tam wszystko, co potrzebne, by na dziecięcych buziach pojawił się uśmiech – są kolorowe, inspirowane jesienią stroje, są słodycze i dynia. Piękna i pomarańczowa.

Nie, nie chodzi mi o dynię. Nie uważam jej za zagrożenie. Nie jestem jednak naiwna. Nie mogę nie zauważyć tego, że coś dziwnego dzieje się ze światem, który dorośli chcą przedstawiać dzieciom. I to właśnie ten przekaz, a nie rekwizyty używane niekiedy do jego podreślenia, uważam za niebezpieczny lub po prostu smutny.

Tydzień temu byliśmy w kinie. Świętując urodziny mojego dziecka, obejrzeliśmy w większym gronie jedną z bajkowych nowości – strasznie płytką zresztą w mojej ocenie, lecz budzącą entuzjazm u dzieciaków. Sam film nie wzbudził  u mnie większych emocji, poruszyły mnie jednak kinowe zapowiedzi skierowane do najmłodszych. Najpierw, po 20 minutach reklam (przestaję lubić kino!) pokazano nam zwiastun „Potwornej rodzinki”, czyli dalekiego kuzyna rodziny Adamsów, oczywiście w wersji animowanej. Kolejną propozycją dla kilkulatów było „Między nami wampirami”, a później przeszliśmy do oglądania zapowiedzi „Coco”, czyli bajkowej opowieści o meksykańskim chłopcu wyruszającym do krainy umarłych. Projekcję naszego filmu poprzedziła też krótkometrażowa animacja o jednej z przygód wspomnianej wcześniej „Potwornej rodzinki”, czyli na kilka minut przenieśliśmy się znowu w świat wampirów i potworów. Oczywiście każda z tych propozycji filmowych proponowała również historię z morałem i nieco humoru, jednak po obejrzeniu mieszanki: potwory – wampiry – kraina umarłych – znowu potwory, długo nie mogłam dość do siebie.

Zostało we mnie pytanie o to, czego chcemy uczyć naszych dzieci. Nie jestem przeciwniczką bajek. Sama zaczytywałam się w opasłym tomisku „Klechd domowych”, pełnych zaczarowanych źródełek, leśnych wróżek czy sprytnych bohaterów oszukujących diabła, z Panem Twardowskim na czele.

To było jednak coś zupełnie innego. Sięgając po te opowieści, wiedziałam że przenoszę się w świat baśni i legend. Czy nasze dzieci mają taką świadomość, gdy porywa ich kolejna opowieść o sympatycznych w sumie potworach z bardzo ludzką twarzą?…  To, co serwuje naszym dzieciom kultura masowa jest naprawdę szkodliwe. I nie mówię tu wcale o zagrożeniach duchowych takich jak opętanie, choć wiem, że to słowo często pojawia się w kontekcie Halloween. Chodzi o spojrzenie na świat, życie i śmierć.

I chyba właśnie o śmierć chodzi tu najbardziej. Łatwiej oswoić ją, gdy stworzymy postać sympatycznego chłopca-wampira czy uśmiechającą się nieustannie potworną rodzinkę. Można wtedy do tego, co nas przeraża (czyli końca życia) dokleić jakiś „element duchowy”, choćby najbardziej tandetny i zabijający w dziecku wrażliwość. Dużo trudniej jest powiedzieć wprost o tym, że życie każdego z nas ma swój kres. A tym, co aboslutnie nie ma siły przebicia w świecie proponującym wiarę w wampiry i potwory jest fakt istnienia Kogoś, kto naprawdę pokonał śmierć . Bóg jest wielkim nieobecnym w kinie, a przynajmniej w filmowych propozycjach skierownych do dzieci. Bóg jest zresztą wielkim nieobecnym nie tylko tam. Czy to nie zastanawiające? I czy nie jest to większym, bardziej realnym zagrożeniem niż plastikowe maski i kostiumy, którymi niedługo, na krótką chwilę na szczęście, zapełnią się sklepy?…

 

o mnie – vol. 2

Co jakiś czas w różny sposób doganiają mnie pytania – o bloga, pisanie i o mnie. Nie spieszyłam się z wychodzeniem ze swojej bezpiecznej przestrzeni życiowej. Dużo łatwiej jest pisać anonimowo. Przychodzi jednak czas (a może właśnie przyszedł) gdy warto powiedzieć o sobie nieco więcej. Uprzedzam więc, że dziś może być przydługo i nudnawo, bo chcę napisać Wam kilka zdań o sobie.

  1. Dlaczego blog?

Jakiś czas temu stwierdziłam, że w internecie, a przynajmniej w jego katolickiej części, mało jest miejsc, w których odnaleźć mogłyby się osoby takie jak ja – mamy. Pojawiło się we mnie pragnienie, by stworzyć dla nas taką przestrzeń, w której będziemy dzielić się swoimi doświadczeniami, radościami i zmaganiami. W niewyjaśniony dla mnie sposób, po jakimś czasie ja sama zaczęłam być nazwana „Chrześcijańską Mamą” i chyba nie uda się już od tego uciec.

To dla mnie zarówno radość, jak i pewnego rodzaju brzemię. Owszem, jestem mamą. Owszem, wierzę w Jezusa Chrystusa. Ale jestem też bałaganiarską choleryczką, której naprawdę daleko do ideału. Zdarza mi się tu zarówno dzielić własnym doświadczeniem wiary jak i „dawać dobre rady”. Tego drugiego jednak zawsze się boję.

 

2. Katoliczka

Jestem wierzącą i praktykują katoliczką – i jest to świadomy wybór, bo był w moim życiu czas buntu i uczciwych poszukiwań Prawdy. Tych, którzy piszą czasem o mojej „silnej wierze” odsyłam do tekstu, w którym wyjaśniam, dlaczego nie zgadzam się z tym sformułowaniem – nie mam silnej wiary. Mój mąż jest niewierzący, podobnie jak moja najbliższa rodzina. Można więc powiedzieć, że jestem taką rodzinną czarną owcą lub białą owcą, lub hmmm chyba najlepiej ujęła to w słowa Dayenu ;)

3. Nie tylko mama

Od 12 lat jestm przeszczęśliwą mężatką. Mój mąż, choć nie wierzy w Jezusa, z dużym szacunkiem i zrozumieniem podchodzi do mojego zaangażowania w sprawy wiary. A że na wiele spraw związanych z moralnością i podejściem do życia patrzymy podobnie, udaje nam się wspólnie iść przez życie i bez konfliktu wychowywać dzieci.

4. Podwójnie wyedukowana ;)

Skończyłam studia psychologiczne, a w czasie ich trwania rozpoczęłam również naukę na gdańskiej Akademii Medycznej. Studia były czasem intensywnej nauki, ale także okazją do poznania fanastycznych ludzi. Było fajnie! Na dowód – migawka z biochemii:

5. Mama pracująca

Na co dzień pracuję jako stomatolog. To praca, która angażuje mnie zarówno fizycznie, psychicznie, jak i czasowo, bo prowadzę swoją firmę. Przez bardzo krótki czas wydawało mi się, że to zawód lekki i przyjemny. Pierwsze nacięcie ropnia, godzinne dłutowanie złamanego korzenia zęba czy seria pogryzień przez walczące na fotelu trzylatki wyprowadziły mnie z błędu ;) To zawód, w którym spotykam się z ludźmi i ich emocjami oraz oczekiwaniami. Bywa fantastyczny, gdy udaje się komuś pomóc, bywa również niewdzięczny. Angażuję się w niego całą sobą, często po całym dniu jestem więc zmęczona. A gdy ktoś od progu gabinetu pyta mnie, czy powinien się pomodlić, żeby znieczulenie lepiej działało, zastanawiam się, czy czyta mojego bloga i szczerze mówiąc – poziom mojego stresu rośnie, jak zawsze gdy nie mogę schować się w bezpiecznej przestrzeni anonimowości… :)

6. Skąd pochodzę?

Trudno powiedzieć, bo za mną sporo przeprowadzek – chodziłam do trzech różnych podstawówek, a miejsce, w którym obecnie mieszkam, jest siódme na liście z adresami zameldowania. Najwięcej sentymentu mam jednak do Gdańska, miasta w którym studiowałam, poznałam mojego męża i urodziłam dwójkę dzieci. Do tej pory toczy się tam duża część mojego życia, a kto chciałby umówić się na kawę, tego zapraszam do Wrzeszcza :)

 

7. Lubię tańczyć

I lubię dobrze się bawić. Zderzam się czasem z dziwnymi pytaniami z cyklu: „Czy katolik może…”. Niewierzący pytają o to, czy katolik może się całować. Wierzący – o to, czy można oglądać Bridget Jones (oba przykady autentyczne). A dla mnie życie wiarą w małym stopniu związane jest z takimi pytanimi. Dużo bardziej lubię pytać po prostu WWJD – czyli „co zrobiłby Jezus”? Gdy najpierw patrzę na Niego, na Jego sposób zachowania i Jego wybory, łatwiej mi podejmować decyzje dotyczące swojego życia. Na co dzień staram się też dostrzegać piękno małych rzeczy (ojoj, zabrzmiało tandetnie, wiem) :)  Fajnie jest rano chociaż przez minutę pogapić się na świat za oknem i podziękować za to, co piękne albo ucieszyć się smakiem ulubionej kawy. Wierzę, że te nasze małe radości i małe dziękczynienia są bardzo naturalną i miłą Panu Bogu modlitwą :)

8. Uwielbiam góry.

Staram się tą pasją zarażać również moje dzieci. Co roku staramy się choć parę dni spędzić na szlaku, najlepiej tatrzańskim. A choć niektórzy patrza na mnie jak na UFO i zarzucają, że męczę dzieci ;) wiem, że chodzenie po górach daje nam wszystkim coś więcej, niż tylko możliwość odbycia krajoznawczej wycieczki. Moja córka zaskoczyła mnie kiedyś stwierdzeniem, że skoro dała sobie radę w górach i weszła na szczyt, to w odrabianiu trudnego zadania domowego też da radę. I o to chodzi, prawda? ;)

9. Nie oglądam telewizji, ale oglądam TVN

Jestem głęboko przekonana, że oglądając program w telewizji Al Jazeera, nie stanę się automatycznie muzułmanką. Daleka jestem więc od segregowania ludzi na tych, którzy czytają Wyborczą, słuchają Radia Maryja albo oglądają TVN. W  TVNie zresztą miałam okazję dwa razy wypowiadać się na wizji. Gdy czytałam później komentarze o tym, jaka to straszna stacja telewizyjna i jak bardzo próbuję się lansować, byłam naprawdę zdziwiona. Udział w programie był dla mnie ogromnym stresem, nie przespalam wtedy połowy nocy, a wypowiadanie się „na żywo” na tematy związane z wiarą oraz dyskusja z ludźmi o innych poglądach to nie był lans. To było duże wyzwanie… :)

Tak naprawdę jednak prawie nie oglądam telewizji – najzwyczajniej w świecie nie mam na to czasu. Lubię niekiedy zerknąć na jakiś program kulinarny albo pośmiać się z włoskich przebojów na RTL 102,5 :) Pocieszam się wtedy, że szlifuję swój włoski – tak naprawdę jednak trzy razy rozpoczynałam naukę tego języka, za każdym razem przerywając ją w chwili, gdy okazywało się, że to wcale nie jest taki prosty język (ech, pronomi!).

10. Bliżej mi do Odnowy niż Tradsów

A najbliżej do Ignacego z Loyoli, którego poznałam kilkanaście lat temu w czasie rekolekcji ignacjańskich. Osiem dni milczenia i wsłuchiwania się w Słowo Boże – to była prawdziwa petarda! Ignacy zachęca do „szukania i znajdowania Boga we wszystkim”, staram się więc na co dzień pamiętać o tym, że mogę modlić się nie tylko w kościele, ale również moją pracą i obowiązkami. Wierzę, że przestrzenią, w jakiej możemy spotkać Boga, jest nasza codzienność – że Bóg jest obecny, jest blisko, w sposób nadzwyczajny (bo w końcu to BÓG), a jednocześnie bardzo zwyczajny (bo „w Nim poruszamy się, żyjemy i jesteśmy”). Jak już wspominałam, daleko mi do ideału. Jestem jednak zafascynowana – nie religią, systemem wierzeń, historią cudów i znaków. Jestem zafascynowana osobą Jezusa. I wierzę, że przygoda życia z Nim to coś więcej niż tylko zapracowanie sobie na etykietkę „rodzinnego świara religijnego”. To stąpanie twardo po ziemi – bo gdy ktoś wychowuje dzieci, prowadzi firmę, płaci co miesiąc ZUS-y, robi zakupy i ogarnia dom, musi stąpać twardo po ziemi. Ale to jednocześnie życie nie tyle z głową w chmurach, co z sercem w Niebie. Szansa na to, by mieć w sobie pokój nie z tej ziemi, albo chociaż trochę tego pokoju – nawet jeśli nie wszystko nam na co dzień wychodzi, nawet gdy do ideału jest bardzo daleko.

 

bez granic.

Naprawdę nie byłam w stanie tego zrozumieć – jak można jeść fasolkę? Jak to możliwe, że ktoś rano ma apetyt na bekon, grilowane pomidory i owsiankę? Nie dziwiło minie to specjalnie w czasie mojego krótkiego pobytu w Londynie. A jednak w wakacyjnym kurorcie, przy temperaturze ponad 30 stopni, nie mogłam wyjśc ze zdziwienia, że ktoś o zdrowych zmysłach pochłania rano  fasolkę w sosie pomidorowym.

Mówią, że droga do serca wiedzie przez żołądek. Dyskretne zerkanie w talerze turystów przekonało mnie jednak, że droga przez żołądek może wieść również do rozumu. Jednym słowem – była to okazja do refleksji nie tylko nad zwyczajami kulinarnymi. Moje ulubione śniadanie to swojskie i tradycyjne kanapeczki, które niekiedy zimą ustępują miejsca pożywnej owsiance. W czasie pobytu we Włoszech przed Światowymi Dniami Młodzieży w 2000 roku zdziwiło mnie to, że rolę śniadania (a raczej „śniadanka”) miał pełnić jedynie niewielki rogalik i filiżanka cappuccino. A są przecież kraje, w których jada się zupełnie inne dania! W Meksyku śniadanie będzie pikantne, w Chinach możemy spodziewać się ryżu i smażonego kurczaka a w Stanach naleśników (pancakes), które wyglądają zupełnie inaczej niż nasze.

Nie odważyłabym się podejść do osoby pochodzącej z innego kraju i przekonywać, że nie ma to jak nasz swojski chleb z chrupiącą skórką, prawdziwe masło i wiejska szyneczka. Plus pomidorek i kiszony ogórek. Wiem, że to najlepszy zestaw, który wygrywa z naleśnikami czy angielską fasolką. Nie zmuszam jednak nikogo do zmiany kulinarnych preferencji i jest to chyba zrozumiałe.

Ten długi wstęp sprawił, że zgłodniałam – a jednak niezupełnie o to mi chodziło. Moje rozważania kulinarne zostały sprowokowane dzisiaj przez … różniec. Różaniec do granic. Akcja, w której nie wzięłam udziału, choć podziwiam wszystkich pielgrzymujących i modlących się. Akcja, która znowu nas podzieliła. Czytając dzisiaj na zmianę wpisy i kometarze zwolenników i przeciwników tego wydarzenia. Było wśród nich sporo złośliwości, wytykania błędów, czepiania się Cezarego Pazury (wstyd mi za tych, którzy ośmielają się komentować czyjeś świadectwo…wstyd) i przekonywania, że „moje jest najlepsze”. Zrobiło mi się smutno, tak po prostu.

Nie pojechałam dzisiaj do granic. Różaniec wydaje mi się zupełnie nielogiczny – nie rozumiem go. Nie rozumiem tego fenomenu. Monotonia powtarzanych słów i przesuwanych paciorków. To powinno znudzić się kilka wieków temu. A jednak jest inaczej. Gdy wkładam rękę do kieszeni płaszcza, czuję się, jakbym wkładała dłoń w rękę Maryi. A proste słowa prowadzą mnie tam, gdzie sama nie mam siły albo odwagi iść. To modlitwa sama się modli i w niewytłumaczalny dla mnie sposób przynosi pokój serca.

Mimo tego – nie pojechałam do granic. Może dlatego, że nie lubię tłumów? Może dlatego, że rzadko pociągają mnie wielkie imprezy, głośno reklamowane eventy i nadzywczajne wydarzenia? A może dlatego, że to zupełnie nie mój kilmat, nie moja bajka. Cieszę się jednak z dobrych owoców, jakimi mogły cieszyć się biorące udział w tej akcji osoby. Cieszę się ze wspólnej modlitwy i z ożywienia, jakie ona niesie. I cieszę się z różnorodności, jaką daje nam Kościół – to wspólnota, w której każdy znajdzie coś dla siebie. W wolności.

Marzę też o dniu, w którym nauczymy się, że nie warto zaglądać sobie w talerze – dosłownie i w przenośni. Marzę o chwili, w której wszyscy będziemy się karmić obecnością Boga wśród nas i to ON, TO ON będzie najważniejszy, a nie sposób, w jaki się do Niego zwracamy. Marzę, by kiedyś reakcją na to, że ktoś modli się czy działa inaczej niż my było nie oburzenia czy próba nawracania na nasz sposób myślenia, ale reakcja: „Wow! Jak cudownie, że w ten sposób też można spotkać się z Bogiem!”. Marzę, by różnorodność nie dzieliła, a była bogactwem i dawała radość. Wierzę, że kiedyś tak właśnie będzie. Że wymodlimy to razem – do granic, bez granic, wspólnie, choć nie zawsze tak samo.

 

strajk kobiet.

O tym, że to właśnie dzisiaj jest Czarny Wtorek i ogólnopolski strajk kobiet dowiedziałam się przypadkiem. Paradoksalnie – informacja ta dotarła do mnie tylko dlatego, że ktoś ze znajomych postanowił wziąć udział w facebookowym wydarzeniu będącym odpowiedzią na tę akcję, czyli w „anty-strajku”.

Kilkanaście dni temu, w samym sercu mojej ulubionej gdańskiej dzielnicy usłyszałam głośne: „Ratujmy kobiety!”. Uśmiechnęłam się, gdy zauważyłam że głos nawołujący do zbierania podpisów pod nową ustawą należy do dawnej znajomej, w dodatku również mojej imienniczki. Przez kilka sekund chciałam nawet do niej podejść i zagadać – bez oburzenia czy chęci dyskusji. Więcej było we mnie chyba zdziwienia.

Nie czuję, żeby ktoś musiał mnie ratować. I wiem, wypowiadam się tylko za siebie, ale skoro chodzi o mój osobisty podpis pod ustawą, o moją wypowiedź, o moje stanowisko, to myślę, że mogę zapytać szczerze: przed czym mam zostać uratowana?

Jestem jedną z wielu. Dzielę dobę na czas dla rodziny, pracę zawodową, sprzątanie i gotowanie, znadując w międzyczasie również kilka chwil dla siebie. Bywam tym wszystkim zmęczona, wkurzona, bywam czasem sfrustrowana. Bywam też nieziemsko szczęśliwa i wystarczy do tego czasem, jak dzisiaj rano, spojrzenie na moje dziecko, które spokojnie je śniadanie i śpiewa pod nosem piosenkę. Wtedy nie myślę już o tym, że musiałam wstać skoro świt by przygotować te tosty i ulubioną herbatę. Nie myślę o brzydkiej bliźnie po dwóch cesarkach, nie zastanawiam się też co stanie się, gdyby trzeba było wykonać trzecią. Ufam Bogu, ufam życiu, ufam Życiu. Pewnie jestem dziwna, może nieco zacofana, a może naiwna. Wiem, nie wszystkie kobiety mają tyle szczęścia, co ja – nie każda ma kochającego męża, zdrowe dzieci i pracę, która zapewnia godziwy byt. Nie wiem tylko, czy faktycznie aborcja na życzenie rozwiązuje właśnie te problemy. A jeśli nie, to kogo ratuje – i przed czym?

Nie, nie czuję żebym musiała zostać uratowana. Jestem zwolenniczką zarówno badań prentalanych jak i mądrej (co podkreślam!) edukacji seksualnej. Ale gdy słyszę na ulicy hasło: „Ratujmy kobiety”, czuję się dziwnie. Nie protestuję jednak przeciw protestowi. Nie walczę krzykiem przeciwko krzykowi. I być może w tym też jestem dziwna, zacofana i naiwna. Jestem jednak przekonana, że żyjemy w demokratycznym kraju, w którym każdy może chwycić za megafon, by wypowiedzieć to, co jest dla niego ważne. Wydaje mi się też, że nawet w bardzo burzliwych dyskusjach, jedna ze stron może wygrać – albo na argumenty, albo na pięści. Tylko czy taka wygrana naprawdę coś znaczy? I czy moim zadaniem jest mieć rację? Czy mój czas i energię mam wykorzystywać po to, by w tłumie przekrzykiwać inny tłum? Czy może lepiej zainwestować w konkretne dobro – tu, gdzie jestem? Okazać komuś życzliwość, porozmawiać i podzielić się sobą. Być świadkiem Jezusa, ale bez wielkich słów, lecz po prostu dzieląc się siłą i radością, które On daje – tak by „świeciło nasze światło…” (Mt 5,16)

Dzisiaj, trzeciego października 2017 roku nie wyjdę na ulice – ani na strajk, ani na anty-strajk. Na razie siedzę w domu z moim pożerającym naleśniki pięciolatkiem, potem czeka mnie krótka wizyta w szkole i kilka godzin pracy, a w ciągu nich spotkania z konkretnymi ludźmi, równie konkretne wyzwania i okazje do tego, by zrobić coś dobrego.

Jak każdego dnia, rano zajrzałam do dzisiejszych czytań. I choć ten fragment nie należy do moich ulubionych, dzisiaj wydaje się pasować idealnie. Nie będę go zagłuszać swoimi refleksjami – dodam od siebie tylko jedno: „ogień z nieba” i zniszczenie to często nasze scenariusze, a Jego zaproszenie bywa dużo prostsze: głosić.

(Łk 9,51-56)
Gdy dopełnił się czas Jego wzięcia [z tego świata], postanowił udać się do Jerozolimy i wysłał przed sobą posłańców. Ci wybrali się w drogę i przyszli do pewnego miasteczka samarytańskiego, by Mu przygotować pobyt. Nie przyjęto Go jednak, ponieważ zmierzał do Jerozolimy. Widząc to, uczniowie Jakub i Jan rzekli: Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich? Lecz On odwróciwszy się zabronił im. I udali się do innego miasteczka.

wypłyń na głębię

Nigdy nie przepadałam za wodą. Dużą niespodzianką była więc dla mnie największa miłość tego lata – zakochałam się w żaglach. Dosłownie!… :) A dlaczego? Spójrzcie sami:

Do tej pory pływałam raczej stylem rozpaczliwym, niejednokrotnie walcząc z paniką. Chcąc kontynuować moją żeglarską przygodę, musiałam więc nauczyć się pływać i przyznam szczerze, że początkowo traktowałam to jak przykrą konieczność. Pływanie byłoby ok gdyby nie… woda ;). Woda wlewająca się do uszu, do nosa, zakrywająca twarz i sprawiająca, że trzeba spędzić potem pół godziny susząc włosy. Nie, to nie dla mnie – myślałam przez długi czas. Jaki jednak miałam wybór? :)

Zajęcia okazały się dużo przyjemniejsze niż początkowo myślałam. W pewnym momencie poczułam jednak znużenie. Ile razy można pływać z deską, ćwicząc jedynie pracę nóg? Przecież nie jestem dzieciakiem, chyba się nie utopię bez tej deski, nie? I po co powtarzać te same elementy tyle razy, skoro mam wrażenie, że wychodzi mi to całkiem dobrze?…

Dzisiejszy dzień wyjaśnił mi to wszystko bez słów. To właśnie dzisiaj złożyłam z tych małych puzzelków większą całość. I nagle okazało się, że mozolne i nudne ćwiczenia miały sens, bo każdy wyćwiczony wcześniej element splata się z innymi w całość. W płynną całość! Taką, która sama…płynie :) i to z jaką radością!

„Wypłyń” – ale czy dzisiaj?

„Wypłyń na głębię!”. Moje pierwsze skojarzenie: Lednica :) A Wasze? Każdy z nas usłyszał pewnie kiedyś w sercu takie słowa. Czasem były zachętą do tego, by zaufać nie swojemu lękowi, lecz Bożemu zaproszeniu i – dosłownie – rzucić się na głęboką wodę. Niekiedy w życiu bywa jednak inaczej. Początkowy zapał znika, pozostawiając tylko wspomnienie doświadczenia Bożej bliskości – doświadczenie które z upływem czasu coraz częściej poddajemy w wątpliwość. Bo może nam się wydawało? Bo może Bóg wcale nie zapraszał do wielkich rzeczy, do bliskiej i żywej relacji, do doświadczania Jego miłości na co dzień? Może tak się nie da? Może to dla innych, nie dla mnie?

Bo przecież nie dzieje się nic nadzwyczajnego – wciąż to samo, powtarzalność i przewidywalność kolejnych elementów. Codzienność, w której jeden dzień podobny jest do drugiego. Te same słabości ciągnące się za nami jak kula u nogi. Kolejne spowiedzi, postanowienia poprawy, upadki, porażki, łzy i złość. Płytka kałuża zamiast głębi, która budziła w sercu jedyną w swoim rodzaju tęsknotę…?

Nie! „Wypłyń na głębię” to słowa aktualne każdego dnia. Nie zawsze jednak oznaczają skok na głęboką wodę dokładnie w chwili odczytania Bożego zaproszenia do działania. Czasem trzeba „stracić czas” na mozolne ćwiczenia, które w naszym odczuciu mogą nie mieć większego sensu, ale które sprawiają, że kiedyś wypłyniemy lub wręcz pofruniemy niesieni jak na skrzydłach i zdziwieni tym, że nagle rozumiemy więcej, widzimy inaczej, działamy mądrzej. Niektóre cuda dzieją się nie w ułamku sekundy, lecz są efektem długiej i mozolnej współpracy z Bogiem, który zachęca: „Spróbuj jeszcze raz. I jeszcze raz. I po raz kolejny.”

Zgoda na to, by „wypłynąć na głębię” wymaga nie tylko odwagi i serca pełnego zapału. Trzeba też cierpliwości i wytrwałości, by nie zniechęcać się, gdy będzie nudno, szaro i pozornie bez sensu. To też jest odwaga, tyle że taka, która mniej rzuca się w oczy i której sami niekiedy nie doceniamy. I kto wie, może właśnie na tym polega prawdziwe zaufanie.

Moja wielka wina?

Nauka wypływania na coraz głębszą wodę uczy mnie jeszcze jednej rzeczy. W życiu duchowym, widząc to, co złe, przechodzę często w naturalny sposób do mea maxima culpa, a potem niekiedy wzdycham ciężko, bo widzę jak wiele we mnie słabości. Czasem prowadzi mnie to do Boga, a czasem w zupełnie przeciwnym kierunku, bo patrzę tylko na siebie, na to co mi nie wyszło i na to, czego mi brakuje.

Jak to możliwe, że w czasie nauki pływania myślę w zupełnie inny sposób? Przecież w tej dyscyplinie czuję się bardzo niepewnie. A jednak dopytuję wprost i nie czując żadnego wstydu: „Co robię źle?”. Nie zadaję jednak tego pytania po to, by się dołować. Pytanie o to, co robię źle jest najprostszym sposobem, by… robić coś dobrze. Pytam, patrzę, uczę sie, próbuję. Naśladuję kogoś, kto ma wiedzę i doświadczenie większe od mojego. A gdy coś w końcu mi wychodzi – po prostu się cieszę. I idę dalej. O pardon! – płynę.

„Co robię źle? Pokaż mi, jak zrobić to dobrze”. Może to właśnie o to chodzi w rachunku sumienia? Może zamiast „rachować” grzechy lepiej spytać Boga, co można zrobić inaczej? Zamiast spuszczać wzrok ze wstydem, spojrzeć na Niego i zapytać, w jaki sposób On poradziłby sobie z naszym problemem? A potem – patrzeć na Niego, uczyć się, próbować i naśladować. To czasem mozolna i powtarzalna, ale chyba najprostsza droga do Miłości.

 

czekolada.

Cisza przerwana dyskretnym szeleszczeniem papierka. Moja córka, przysunięte do szafki krzesło, szczęśliwa buzia pełna czekolady. I mój pobłażliwy uśmiech, mimo że to przed obiadem – że dziecko takie zaradne… ;)

Często wydaje mi się, że jestem farciarą, kiedy uda mi się coś na Panu Bogu wymusić. Albo po cichu uszczknąć kostkę czekolady bez pytania Go o zdanie. W końcu co mi się uda zwinąć i skonsumować, to moje, prawda? I może On też czasem pobłażliwie się uśmiecha…

Coraz częściej odkrywam jednak, że dużo więcej radości jest w powiedzeniu: ” A jak Ty chciałbyś, żeby to wszystko wyglądało?” zamiast „zrób to i tamto, proszę, proszę, PROSZĘ… no proszę!”. Dużo więcej szczęścia daje niewymuszanie. Paradoksalnie – dają je też puste ręce, a nie chowana po kieszeniach czekolada.

Te puste ręce rzadko zresztą zostają puste. Bo On je wypełnia – ale nie tak jak świat, który daje i jednocześnie wiąże. On daje w taki sposób, że nic w tym dawaniu nie przygniata, nie przytłacza, a jednocześnie nasyca przy tym każdy mój głód.

I to chyba właśnie jest wolność.

tylko dzisiaj!

Nosi mnie. Od zawsze. Zamiłowanie do podróżowania jest częścią mnie tak samo, jak słabość do kawy w każdej postaci i skłonność do kupowania wielu par butów. Uwielbiam być w ruchu! To nie musi być wyprawa na koniec świata. Zdarzało się przecież, że w dzieciństwie dyskretnie czmychałam przez okno, by urządzić sobie spacer z cyklu „boso przez świat” (przy czym dobrze, że mieszkaliśmy na parterze, a mój niekompletny ubiór nie budził sensacji).

Nosi mnie. Może właśnie dlatego wśród polubionych przeze mnie na Facebooku stron są te z relacjami z podróży i przeróżnymi lotniczymi promocjami. „Weekend w Porto za 299zł!” – krzyczą do mnie już od rana żywe kolory internetowych grafik. A ja wzdycham patrząc przez okno na ciemne deszczowe chmury. „Okazja! Tanie noclegi w Cancun!” widzę po chwili. I puszczam wodze wyobraźni, planując gdzie pojadę, gdy uda mi się zaoszczędzić albo gdy wygram w Lotto.

Tymczasem jednak budzi mnie nie słońce i szum ciepłego morza, lecz dźwięk budzika. Kolejne dni zaczynają się tak samo, zmienia się tylko zawartość pudełek na drugie śniadanie, które przygotowuję zaraz po otwarciu oczu (czyli po kilku łykach porannej kawy). A mnie nosi – i to dobrze, bo dzięki temu od czasu do czasu udajemy się w małe i duże wyprawy. A jednak nieustanna tęsknota za wakacjami wcale nie pomaga. Egzotyczne widoki pojawiające się co rano na ekranie mojego komputera nie tyle inspirują, co odwracają uwagę od codzienności.

Przydałoby mi się chyba coś innego. Każdego dnia – przydałoby mi się przypomnienie o tym, że nadchodzący dzień jest pełen prawdziwych okazji:

  • Tylko dzisiaj! Czeka Cię bardzo trudne spotkanie, ale jeśli przed nim nie uciekniesz i zmierzysz się z przeciwnościami, zyskasz pewność siebie i trochę więcej wewnętrznej siły.
  • Tylko dzisiaj! Masz trzy pralki prania do ogarnięcia. I tak, to może być nudne, ale tylko od Ciebie zależy, czy nie wykorzystasz tego czasu na coś dobrego – na odpoczynek od zabiegania, na modlitwę bez słów, na słuchanie ulubionej muzyki.
  • Tylko dzisiaj! Trzy pobudki w nocy i karmienie dziecka. Niesamowita okazja by przekonać się, że nawet zmęczenie nie przeszkadza Ci w byciu Bardzo Dobrą Mamą – czyli mamą, która jest blisko swojego malucha.
  • Tylko dzisiaj! Ktoś Cię wkurzy, ale uda Ci się ugryźć się w język i nie odpowiedzieć złem za zło. I to da Ci więcej radości niż jakakolwiek wygrana kłótnia.
  • Tylko dzisiaj! Jesień za oknem i codzienne obowiązki. Tylko teraz – możliwość odkrycia w nich radości. Ten dzień się nie powtórzy!

Tylko dzisiaj? Nie tylko… Dzisiaj tak jak każdego dnia. Ale to jest świat w którym żyjesz, Twoje wyzwania, małe zwycięstwa i radości nie mniejsze od tych, których doświadczysz skacząc na bungee na drugim końcu świata.

Takiego przypomnienia potrzebuję. Potrzebuję czegoś, co nie będzie mnie nieustannie odrywać od codzienności, ale pomoże mi w nią wrastać i w niej wzrastać. Nawet wtedy, a może zwłaszcza wtedy, gdy dzień zapowiada się szaro, ponuro i trudno.

W internecie mignął mi dzisiaj cytat Laryy’ego Browna, który pozwoliłam sobie przetłumaczyć w następujący sposób: Po roku terapii, mój psychiatra powiedział do mnie: „Może życie nie jest dla każdego?” Jeśli życie ma być jedynie kolekcjonowaniem kolejnych nadzwyczajnych doświadczeń, być może nie. Co mieliby wtedy powiedzieć skrajnie ubodzy mieszkańcy krajów, których nazwy nie potrafimy nawet poprawnie wymówić albo osoby przewlekle chore i cierpiące? Jeśli jednak życie to chwytanie pełnymi garściami tego, co przynosi codzienność, to zdecydowanie – życie jest dla każdego. Jedynym problemem jest to, że ono jest tu i teraz, a nie tylko na wymarzonych wakacjach. Ono jest – tylko dzisiaj! :)

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi