bez dachu nad głową.

„Jesteś Królem” – śpiewamy w jednej ze znanych piosenek. W wielu innych wyrażenie „Jezus jest Panem” odmieniamy przez wszystkie możliwe przypadki. Mamy też pewnie swoją wizję tego panowania, w której to Bóg, zaproszony przez nas do naszego życia, zajmuje w nim centralne miejsce.

I siedzi cicho.

No może z wyjątkiem tych momentów, w których potrzebujemy Jego pomocy. Wtedy rozpaczliwe: „Boże, dopomóż” ma otworzyć Mu drogę do działania.

***

Nie wiem, jak miała na imię osoba, która najpierw zaprosiła Jezusa do swojego domu, a potem z narastającym zdziwieniem lub przerażeniem obserwowała, jak kompletnie obcy ludzie rozbierają dach jej domu. Nie wiem, co wtedy myślała. „O Boże (nomen omen), to nie tak miało być!”? A może: „Jezu, czemu Ty nie reagujesz?”. Może w tamtym momencie obiecywała sobie, że już nigdy, nigdy więcej nie wpuści do swojego domu żadnego, nawet najbardziej znanego nauczyciela czy cudotwórcy?…

***

Lubię swój kubek z Bolesławca i bardzo ciepłe skarpetki. Lubię mieć w szafce zapas gorzkiej czekolady, a na łóżku swój ulubiony kocyk. Lubię też zapraszać do tego wszystkiego Pana Boga. Mówię: „To mój wygodny i pełen ciepła (dosłownie i w przenośni) świat, rozgość się.” I On przyjmuje zaproszenie. Traktuje je serio.

Może nie powinnam się dziwić, gdy przychodzą chwile, w których – jak mi się wydaje – mój bezpieczny świat trzęsie się w posadach? Z sufitu czy ścian odpadają tynki, a tam, gdzie był dach, moim oczom ukazuje się rozgwieżdżone niebo, światło słoneczne albo twarz kogoś, kto desperacko szuka pomocy?

Jezus działa chyba właśnie w ten sposób – traktuje nasze zaproszenia serio. Co więcej, poszerza i powiększa serce tych, którzy Go zapraszają. Otwiera okna, wpuszczając świeże powietrze. Otwiera drzwi, zapraszając ludzi głodnych miłości. A gdy to nie skutkuje, pozwala by czasem znad głowy zniknęło nam to, co daje poczucie bezpieczeństwa, bo pozwala się schować i zamknąć przed innymi.

Utrata dachu nad głową to poważna sprawa. Otwarcie swojego serca na oścież i na wszystkie możliwe sposoby to również nie lada wyzwanie. Tyle że to coś więcej niż życiowe przemeblowanie. To stworzenie przestrzeni do tego, by działy się cuda.

Chcesz zobaczyć, jak sparaliżowani stają na nogi, chorzy odzyskują zdrowie, a zrozpaczeni odnajdują sens życia? Nie porzucaj ulubionych ciepłych skarpetek i nie czuj wyrzutów sumienia dlatego, że czasem się boisz. Po prostu wpuść kogoś do swojego świata – przez drzwi, okno, a gdy trzeba, nawet przez dach. Podziel się Jezusem, którego znasz, Słowem które inspiruje i modlitwą, która zaspokaja głód lepiej niż najlepsze ciasto czekoladowe.

A jeśli ciasto czekoladowe to danie, które wychodzi Ci szczególnie dobrze, nie zamykaj go – ani niczego, co w Tobie niepowtarzalne i dobre – w czterech ścianach swojego lęku. Rozejrzyj się wkoło. Jezus jest – zaprosiłaś Go do siebie. To wystarczy. On wystarczy.

Jego córka.

Jedna z ostatnich scen sztuki „Piotruś Pan” w gdyńskim teatrze muzycznym przedstawia Wendy, jej ojca – pana Darling – oraz gromadkę chłopców, których dzięki prośbie i staraniom córki (a ku swojemu zaskoczeniu) ma zaadoptować. Pan Darling, na początku zdziwiony, zgadza się na to, a że rzecz dzieje się w teatrze muzycznym, robi to w rytm piosenki i z odpowiednio dobraną choreografią. Ta była dla mnie bardzo wymowna – przybrany tata każdemu z nowych dzieci zakłada na chwilę swój kapelusz, mówiąc przy tym: „od teraz jesteś Darling”. I może to banalny przykład, ale ja w czasie oglądania tej sceny poczułam ogromne wzruszenie i od razu pomyślałam o momencie mojego chrztu. Wtedy również usłyszałam podobne słowa. Od tamtego momentu mam pełne prawo do tego, by Boga nazywać moim Tatą. Mam też pełne prawo do tego, by zachowywać się jak Jego córka. Nic i nikt tego nie zmieni, bo nikt i nic nie jest w stanie odłączyć mnie od Jego miłości…

Przyznaję, że rozpoczął się taki czas w Kościele, z którym mam pewien problem. Do 2.02 będziemy śpiewać „Lulajże, Jezuniu”, a już dwa tygodnie później: „Ach mój Jezu, jak Ty klęczysz, w Ogrójcu zakrwawiony…”. Nic na to nie poradzę – drażni mnie to równie mocno, jak „kiwaczki” zamiast uścisku dłoni na znak pokoju, kucanie czy dyganie przed Najświętszym Sakramentem oraz zajmowanie skrajów ławek i zachowywanie się jakby coś tam kogoś przyspawało do tego miejsca. Jestem świadoma tego, że moje rozdrażnienie to tylko i wyłącznie mój problem ;) Czasem jednak w tym wszystkim gubi się to, co ważne. Nie wiem, czy to świąteczne dekoracje i kolędy są temu winne – pewnie nie :) Ale mam wrażenie, że czasem odwracają naszą uwagę od tego, co proponuje Kościół w tym czasie. A proponuje więcej, niż tylko świętowanie narodzin Zbawiciela.

Dzisiaj na mszy dla dzieci w naszym kościele nie było kazania. O Chrzcie Pańskim padły może dwa słowa, a po odczytaniu Ewangelii, dzieci przedstawiły jasełka. Sympatyczne maluchy były naprawdę przesłodkie, ich rodzice dumni, a kościół wypełniony po brzegi. Mam jednak niedosyt. A niedosyt czy głód bywa pożyteczny, bo pcha nas do poszukiwania tego, czego nam brakuje.

Dzisiaj zamierzam więc świętować. Chcę wrócić do chwili mojego chrztu świętego i przypomnieć sobie, że to coś więcej niż tylko piękna uroczystość – to zanurzenie w śmierci Jezusa po to, bym w Nim miała również nowe życie. Biała szatka to coś więcej niż kawałek materiału – to przypomnienie o tym, że mam przyoblec się w Chrystusa. Świeca to nie tylko symbol Jego światła, ale zaproszenie, by zapalić serce Jego miłością, by w tej miłości się spalać (bo trzeba się spalać, aby świecić, prawda?…).

O tym samym chcę dzisiaj opowiedzieć moim dzieciom – w prostych słowach, pokazując im zdjęcia z uroczystości ich chrztu świętego. To dla mnie coś więcej niż tylko zadbanie o ich wiedzę religijną. To przekazanie tego, co najważniejsze – opowieść o ich tożsamości, o tym kim naprawdę są. To również opowieść o miłości i trosce Boga, który chce być nazywany Tatą, a nie tylko Królem czy Panem.

Za każdym razem, gdy jestem świadkiem chrztu świętego, bardzo poruszają mnie te słowa: „Bóg wszechmogący, Ojciec, naszego Pana, Jezusa Chrystusa, który uwolnił cię od grzechu i odrodził z wody i Ducha Świętego, On sam namaszcza cię krzyżmem zbawienia, abyś włączony do ludu Bożego, wytrwał w jedności z Chrystusem Kapłanem, Prorokiem i Królem na życie wieczne”. Pokazują mi, że chrzest to dużo, dużo więcej niż na co dzień zauważamy. Dzisiaj jest dobra okazja, by spojrzeć na tę chwilę w swoim życiu trochę inaczej, zejść trochę głębiej i przypomnieć sobie, KIM tak naprawdę jesteśmy. Ja zamierzam do tych poszukiwań zaprosić również moje dzieci. A Wam życzę pięknych i wzruszających odkryć i serca otwartego na tyle, by mogło usłyszeć: Jesteś moim ukochanym synem! Jesteś moją ukochaną córką!

na peryferiach

Najlichsze. Betlejem może nie jest najlichsze, ale leży prawie na końcu świata. Prowincjonalna osada bez większego znaczenia. Wioska, gdzie nie diabeł mówi dobranoc, bo mówi to Matka Boga do swojego Syna.

Betlejem, miejsce Narodzenia. „Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima.” (Mt 2,3) Co było dalej, dobrze wiemy: Krzyk usłyszano w Rama,
płacz i jęk wielki… (Mt 2,18) Małe, ciche, nudne i nieatrakcyjne Betlejem. I przerażenie w dostojnej, pięknej, godnej prawdziwego Króla Jerozolimie.

Jezus czasami znika. Czekamy na Niego, a On nie przychodzi. Wszystko jest przygotowane. Kolekcja dobrych uczynków wypolerowana błyszczy na półce. Pobożnie odmówione modlitwy jak bukiet świeżych kwiatów cieszą oko i oszałamiają zapachem. Kto wie, może jest i ciasto – spécialité de la maison – takie, które zawsze nam wychodzi. I jest wszystko, tylko nie ma Jego.

Jak zareagujesz na wieść o tym, że On chce się narodzić gdzieś indziej? Co zrobisz, gdy anielskie śpiewy zechcą obwieścić Jego obecność w tym, od czego uciekasz nawet w myślach? Gdy powie: „czekam na Ciebie tam, gdzie jesteś słaby i nie domagasz”, czy pobiegniesz na to spotkanie, czy odwrócisz się do Niego plecami, upierając się przy swojej wersji, która brzmi:”jestem samowystarczalna”? Gdy po raz kolejny pokłócisz się z mężem, krzykniesz na dziecko, gdy odwrócisz się plecami do potrzebującego albo w 10 minut złamiesz wszystkie noworoczne obietnice – czy zobaczysz Jego gwiazdę w samym środku swojego zamieszania? Uwierzysz, że On chce się narodzić właśnie tam? Wejść w to, czego się wstydzisz, co Cię przytłacza, do czego nie chcesz się przyznać?

Król Herod przeraził się, a z nim całą Jerozolima. A my? My mamy czasem swoją wersję: „Boże, tylko nie to! Tylko tego nie dotykaj, tylko w to nie wchodź, tylko nie zmuszaj mnie do myślenia o tym, co chciałabym zamieść pod dywan”. Wyznaczamy Mu miejsce: taki skrawek. Dwa na dwa metry może, albo coś w tym stylu. Wysprzątane na błysk i przyozdobione iluzjami. Tam może się narodzić, bo tam jesteśmy na to gotowi. Dajemy Mu na to pozwolenie – Bogu wszechmogącemu, Stwórcy nieba i ziemi. Tu możesz, Boże. A tam nawet nie zaglądaj. Tylko że Wszechmogący ma to do siebie, że nie zawsze dostosowuje się do naszych oczekiwań. Jeśli nie możesz znaleźć Go w Jerozolimie, może czas poszukać na peryferiach?

 

odWAŻNIE

Ziarenko pieprzu.

Skręcona w kostce noga.

Boczne lusterko utrącone po pełnej fantazji próbie zaparkowania w wąskiej uliczce.

Porażki, siniaki i rozczarowania. To sprawia, że boimy się próbować nowych smaków i nabierać rozpędu przed skokiem w nieznane. To wszystko działa jak hamulec. Czasami delikatnie wciskamy go przed zakrętem i wtedy faktycznie spełnia swoją rolę. Innym razem hamujemy gwałtownie, stajemy w miejscu albo zawracamy, zostawiając w tyle kolejne możliwe porażki. I mnóstwo niespełnionych pragnień.

„Spełnienia marzeń” – życzymy często. Tylko że to tak nie działa. Marzenia spełniają się same tylko w bajkach – a i wtedy dzieje się tak tylko i wyłącznie dlatego, że dla głównej bohaterki trudzi się nieustraszony książę czy pełna życzliwości dobra wróżka. Marzenia się nie spełniają. Marzenia spełniamy, gdy odważymy się odważyć.

Chociaż pierwszy stycznia to tylko data w kalendarzu, lubimy w tym czasie podsumowywać miniony rok, ubierając przy okazji kolejnych dwanaście miesięcy w uszyte na miarę naszych pragnień postanowienia. Ze mną jest podobnie – ja od nowego roku znowu będę się odchudzać. Obiecuję. Serio :)

Nie będę jednak życzyć ani Tobie, ani sobie niczego innego oprócz tej jednej rzeczy: nie odmierzaj radości w życiu miarką, która zawiera w sobie tylko połowę Twoich pragnień i możliwości. Patrząc na pojawiające się w ciągu roku szanse, nie klikaj jak na fejsbukowym wydarzeniu: „jestem zainteresowana”. Nie przyjdę, nie wezmę udziału, popatrzę dyskretnie z boku – może się zainspiruję. Jeśli czegoś pragniesz, wskakuj w to całą sobą, zamiast czekać na kolejnego sylwestra, kolejne podsumowania i kolejne życiowe zaproszenia. A jeśli na drodze do marzeń spotkasz zamknięte drzwi, spróbuj wejść przez okno, jak radził ks. Twardowski, albo pukaj wytrwale, aż w końcu ktoś otworzy lub pokieruje Cię w inne, odpowiednie miejsce.

Na Nowy Rok – odwagi życia.

Życzę.

u celu, czyli życzę.

Prezenty nie są najważniejsze. Brzmi to jak slogan, ale naprawdę odkryłam to w tym roku. Tym razem Facebook nie przypomniał nikomu o moich urodzinach, życzenia złożyli mi więc tylko najbliżsi. I piszę to absolutnie bez żalu! Dla mnie było to wspaniałe doświadczenie – wiedzieć, że mam wokół siebie ludzi, którzy o mnie pamiętają. I słuchać słów, które były szczere i płynęły z serca. Wzruszałam się bardzo :) i zarówno wtedy, jak i w czasie adwentowego oczekiwania dziękowałam za tych, na których mogę polegać w każdej sytuacji i którzy po prostu dobrze mnie znają.

Najważniejsza jest obecność, a małe gesty wzruszają mnie dużo bardziej niż to, co wielkie, lecz robione na pokaz. Dlatego ciepło świąt Bożego Narodzenia czuję w sercu, gdy słyszę, jak moja Babcia specjalnie dla jednego z członków naszej rodziny (i tylko dla niego w sumie) już od kilku dni przygotowuje kapustę z grzybami. Cieszę się jak dziecko również tym, że przywiozę na wspólne świętowanie czyjeś ulubione słodycze. Refleksje mam jak widać kulinarne, ale nie chodzi tylko o drogę do serca przez żołądek. Chodzi o chwile, kiedy ważny jest dla nas drugi człowiek. Chodzi o małe niespodzianki i wielkie radości. O bycie blisko.

Wśród nocnej ciszy po moim domu rozchodzi się dzisiaj dźwięk pralki, przerywany okrzykami dzieci, które nie potrafią cicho jeść naleśników. I całkiem słusznie zresztą, bo cieszy mnie ich radość. Nie wiem, czy mój biały sweterek wygra jutro nierówną walkę z wigilijnym barszczykiem. Nie wiem, jak ułoży się jutrzejszy dzień – może dlatego proszę Go: „przyjdź już teraz, do tego co jest”…

Nie wiem, w jaki sposób będziecie świętować. Nie wiem, czy to Boże Narodzenie po ludzku jest dla Was radosne, czy też właśnie walczycie z życiowym huraganem (takim jak ten za naszymi oknami na Pomorzu). Niezależnie od wszystkiego, chciałabym Wam życzyć ciepła – tego, które bierze się z serca i karmi się małymi radościami i wielką wdzięcznością. Życzę Wam uśmiechu, który nie będzie kwaśny jak śledzić w occie, ale szczery. Życzę, by cisza wigilijnej nocy była kojąca – nawet jeśli nie będzie jej na zewnątrz, tylko w Waszym sercu. I życzę Wam, by wszystko, co będzie się działo, było Waszą drogą do Jezusa – może krętą i nieoczywistą, może czasem pod górkę, ale z niezawodnym GPSem, takim który w odpowiednim momencie oznajmi: „jesteś u celu„.

PIĘKNYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA! :)

pięć błogosławieństw przedświątecznych

Co roku popełniam ten sam błąd. Tuż przed świętami przypomina mi się, że moja lista z prezentami jest niekompletna, w związku z czym muszę udać się na zakupy. A w centrach handlowych i na parkingach dzieją się wtedy rzeczy niestworzone – i niestety daleko im do bożonarodzeniowych cudów…

Dzisiaj, uzbrojona w cierpliwość i spory wózek sklepowy, przystanęłam ogarniając wzrokiem sklepowe alejki, rzędy zapracowanych kasjerów i serie kolizji między alejkami z mydłem i powidłem. Przystanęłam i może nieprzypadkowo przypomniałam sobie jedno z słów, które zachwyciło mnie w czasie mojej nauki języka włoskiego: benedire. Ten wyraz oznacza „błogosławić”, ale po włosku wszystko jest prostsze. W tym języku można mówić źle, czyli przeklinać (maledire) albo mówić dobrze, czyli błogosławić. Stąd też znane nam imię: Benedetto. Piękne, prawda? Pomyślałam dzisiaj, że to ono właśnie powinno być przedświątecznym (ale nie tylko!) imieniem każdego z nas – każdego, kto uważa się za ucznia Jezusa. Na wszechobecne zabieganie patrzymy często jak na ogromny i męczący ciężar. A gdyby dla odmianyzobaczyć w nim zaproszenie? Może udałoby się wtedy usłyszeć w nim słowa posłania – by iść i głosić BŁOGOSŁAWIEŃSTWO? Bez słów. Po prostu – sobą.

***

O centrach handlowych mówi się czasem, że to „współczesne świątynie konsumpcji”. Można więc postanowić, że nie postawi się w nich nogi. Można też z góry patrzeć na tych, którzy są tam w każdą niedzielę. Ale można również stać się na chwilę trochę jak… święty Paweł,. On wprawdzie, odwiedzając Ateny, burzył się wewnętrznie na widok miasta pełnego bożków, nie wtargnął tam jednak z taranem, by swoje wzburzenie zmienić w burzenie… Powiedział natomiast: Przechodząc i oglądając wasze świętości jedną po drugiej, znalazłem też ołtarz z napisem: „Nieznanemu Bogu”. Ja wam głoszę to, co czcicie, nie znając.(Dz 17,23)…

Co zmieniło się od tego czasu? Czy nasz świat faktycznie zna Boga – takiego, który zaspokaja najgłębsze potrzeby serca? I co, jeśli pęd do konsumpcji to tylko próba zagłuszania głodu, który jest rozdzierający i którego nie może nasycić nikt, oprócz Niego? Jeśli tak jest, to moja i Twoja obecność w takim miejscu może być BŁOGOSŁAWIEŃSTWEM. I nie trzeba wcale wygłaszać kazań – wystarczy uśmiech. Nie trzeba pouczeń – wystarczy kupić coś, czym podzielimy się potem z kimś potrzebującym. Niepotrzebnym marnowaniem czasu jest też zaprzątanie sobie głowy myślami o tym, jak bardzo świat kręci się wokół pieniądza. Zamiast tego lepiej pilnować, by w centrum mojego świata było to, co najważniejsze. I żeby z serca płynęło dobro, a nie osąd…

Boże, błogosław każdemu, kto jeszcze nie wie, że Ciebie szuka. Błogosław tym, którzy są głodni Twojej miłości i próbują zagłuszyć ten głód na tysiąc sposobów. Pomóż im się odnaleźć.

***

W sklepie. Halo halo Mietku, halo halo Franku – jak w sławnym dialogu kabaretu Ani Mru Mru (polecam :) ). Wyścigi po najlepszy kawałek karpika to nic w porównaniu do tego, co dzieje się przy linii kas. Karawany z jucznymi zwierzętami, wozy drabiniaste załadowane po brzegi, drobne stłuczki i kolizje – bo nikt nie bawi się w ustępowanie pierwszeństwa. „Ale pani tu nie stała” i tak dalej. Przepuszczenie kogoś w kolejce do kasy jest dzisiaj wyjątkowym aktem heroizmu. Jeśli się nie uda, wystarczy chociaż uśmiech. I modlitwa – za ziewającego kasjera, który myślami jest pewnie daleko stąd. Za mężczyznę siłującego się z długim rzędem sklepowych wózków, które przywozi z zewnątrz. A na zewnątrz trzy stopnie i wieje, brrr. Za panią, która rozpycha się łokciami. Za płaczące i nie mogące przestać płakać dziecko.

Błogosław im, Boże. Bądź ich odpoczynkiem.

***

Parking przed hipermarketem. Trzy miliardy pojazdów na stu metrach kwadartowych – tak na oko. Co jakiś czas donośny i dłuuuuugi dźwięk klaksonu. Ktoś przyciska go tak mocno, jakby chciał w ten sposób wyrazić całą swoją frustrację. „Długość dźwięku klaksonu jest odwrotnie proporcjonalna do poczucia pewności siebie i wprost proporcjonalna do potrzeby obwieszczenia światu siły swojej męskości” – myślę zirytowana. A potem przystaję. No dobrze – w sumie nie przystaję, bo wózek sam się prowadzi (a przed sklepami jakoś zawsze jest z górki, tak że muszę krzyczeć do niego w myślach: prrr, szalony). Ale moje myśli na chwilę zwalniają, zawracają i chcą pobiec w inną stronę. Bo mogę powiedzieć:

Boże, błogosław temu człowiekowi. Daj mu to, czego teraz potrzebuje. Przyjdź ze swoim pokojem, proszę.

***

Droga powrotna do domu. Mam prawo jazdy od kilkunastu lat, a jednak przed Bożym Narodzeniem bardziej polegam na moim Aniele Stróżu niż na własnych umiejętnościach. Dlaczego? Bo ja mogę jechać zgodnie z przepisami, ale ten wariat przede mną znowu wyprzedza na trzeciego…

Boże, błogosław temu człowiekowi. Błogosław tym bardziej, im mocniej mnie zdenerwował. Niech bezpiecznie dojedzie do celu. 

***

W domu. Od progu bałagan. Kolejne siatki zalegające na podłodze zupełnie nie pomagają w jego opanowaniu. Nie wiem, kto jest bardziej głodny – dzieci czy ja. Wiem za to, komu zdecydowanie bardziej brakuje cierpliwości. Próbuję – mamooo -skupić myśli – mamuuusiu – na tym, co po kolei – no ale mamo – zrobić, by ogarnąć – mama, no chodź -chaos. Im bardziej jestem głodna, tym bardziej przeszkadza mi wszystko co wokół mnie. To moja bieda, moja niecierpliwość, moje głody – nie tylko fizyczne. I tu też mogę wołać – Boże, błogosław.

Błogosław mi w tym, w czym nie daję rady. Błogosław w każdej porażce, w zmęczeniu, w poczuciu że nie ogarniam. 

***

Błogosławcie, a nie złorzeczcie! (Rz 12,14). Mówcie dobrze, zamiast mówić źle. Bo słowa potrafią zmienić myśli – zawrócić je ze złej drogi, czyli nawrócić. Słowa potrafią skłonić do działania. A słowa modlitwy, nawet jeśli nie usłyszy ich nikt, oprócz Boga, w którym  żyjemy, poruszamy się i jesteśmy (Dz 17,28), mogą zmieniać. Najpierw nas, potem innych, a później, kto wie, może i cały świat?…

 

 

the best of – świąteczne klimaty muzyczne.

Do tematu kolęd podchodzę chyba mało liberalnie – dla mnie powinno się je śpiewać nie wcześniej niż 24 grudnia. A piosenki świąteczne? Piosenki świąteczne to już zupełnie inne bajka i nie mam nic przeciwko temu, by umilały mi oczekiwanie na Boże Narodzenie. Pamiętam wprawdzie te chwile z mojego studenckiego żywota, gdy dorabiając w supermarkecie, po całym dniu słuchania jednej i tej samej płyty ze świątecznymi przebojami, miałam wrażenie że śnią mi się one w nocy. Nawet to jednak nie zniechęciło mnie nucenia pod nosem ulubionych piosenek i tańczenia w kuchni w przerwie między lepieniem a pieczeniem pierniczków.

To moja subiektywna lista ulubionych świątecznych piosenek (z niewielkim dodatkiem kolęd).

1. Carol of the Bells.

Cudowna, delikatna, pełna uroku – taka melodia, przy której chce się zamknąć oczy. W przedziwny sposób przenosi mnie w inny świat, taki w którym nie ma pośpiechu, jest za to harmonia i spokój. Być może ta melodia jest mi tak bliska dlatego, że jest w pewnym sensie odzwierciedleniem słowiańskiej wrażliwości? Skomponował ją ukraiński muzyk, Mykoła Leontovich. Nagrano ją w wielu wersjach – można posłuchać jej w wersji oryginalnej albo w nowoczesnej aranżacji Pentatonix, ja jednak wolę jej klasyczne wykonanie. Jest magiczne!

2. Mario, czy już wiesz?…

Zanim usłyszałam tę kolędę w polskiej wersji, kojarzyła mi się tylko z zabawnymi memami, w których Maria odpowiadała, że owszem, wie, bo powiedział jej o tym anioł :)

Może dlatego wcale nie ciągnęło mnie do tego, żeby posłuchać TGD i Kuby Badacha. I pewnie przez dłuższy czas żyłabym w błogiej nieświadomości, gdyby nie moja najlepsza przyjaciółka, Agnes, która nie dość że podsyła mi czasem dobre rzeczy do przesłuchania, to jeszcze wyciąga na koncerty. Na TGD w Gdańsku też się w tym roku wybieramy, a ja nie mogę się już doczekać, kiedy posłucham tej kolędy (piosenki?) na żywo. Tekst jest przejmujący i sam w sobie mógłby spokojnie stać się podstawą niejednej pobożnej medytacji, a wykonanie – ech, to moje klimaty. Uwielbiam :)

3. „All I want for Christmas is you”

to podobno jeden z najbardziej znienawidzonych świątecznych przebojów! Może więc nie powinnam przyznawać się do tego, że w jego rytmie najlepiej mi się tańczy – głównie w kuchni, w czasie świątecznych przygotowań? Wiem, że ta melodia nie tylko mnie podrywa do tańca – jakiś czas temu cała Galeria Bałtycka w Gdańsku na chwilę przystanęła zdumiona, bo grono pasjonatów postanowiło pokazać, ze tym, czego pragniemy na Święta jest JEZUS. „All I want for Christmas is YOU (Lord)”. Czysta prawda. Taka do tańca i do różańca :) I jako że wersie Mariah Carey znają wszyscy, wrzucam specjalnie dla Was taneczne uwielbienie:

4. „Kolęda płynie z wysokości”

– kolejne cudo, którym jakoś nie potrafię się znudzić. Prosty, ale głęboki tekst ks. Jana Twardowskiego w połączeniu z muzyką Pospieszalskich i ich wykonaniem sprawia, że to absolutnie wyjątkowy utwór. Nie jest przesłodzony jak lukrowane pierniczki – jest nieoczywisty. Jest w nim ciepło, ale i tęsknota za DOBREM. Lubię, bardzo lubię słuchać:

Kolędy w wykonaniu Pospieszalskich należą zresztą do moich ulubionych, więc trochę za wcześnie (i po cichu, w sekrecie, nie wygadajcie nikomu) wrzucam jeszcze jedną propozycję, już na Wigilię albo do podśpiewywania w drodze na Pasterce :)

 

A jakie są Wasze ulubione świąteczne melodie? Albo których nie lubicie i nie jesteście w stanie słuchać? Podzielcie się koniecznie! :)

sposób na Mikołajki.

Urodził się w Grecji około 270 r. Od zawsze towarzyszyło mu pragnienie (za którym szły zresztą konkretne czyny), by pomagać innym. I to właśnie ten fakt z życia świętego został zapamiętany przez większość ludzi dużo lepiej, niż miasto, którego był biskupem (Mira) czy cuda, jakie działy się za jego życia – a one sprawiły między innymi, że jest również patronem żeglarzy i rybaków.

Święty Mikołaj, biskup, którego dzisiaj wspominamy, kojarzy się bardzo dobrze zarówno dzieciom, jak i dorosłym. Od pewnego czasu jest wciągnięty, zapewne wbrew swojej woli, w spór o wyższość prawdziwego Mikołaja nad „przebierańcem” w czerwonym kubraczku. Nie wiem, co na to sam święty. Ja lubię (prawie) wszystko, co wiąże się ze świątecznym klimatem, nie przeszkadza mi więc Mikołaj z Laponii ani opowieści o elfach i reniferach. Wydaje mi się również, że walka z „podrabianym” świętym Mikołajem nie ma sensu, jeśli toczy się przeciwko a nie o coś. Oczywiście można wyłączyć telewizor na czas przedświąteczny, zasłaniać dzieciom oczy przy wchodzeniu do centrów handlowych i skrupulatnie dorysowywać wszędzie biskupią mitrę w miejsce czerwonej czapki. Może jednak lepiej wykorzystać energię do działania w inny sposób? Pomachać Mikołajowi w czerwonym kubraczku, a oprócz tego – zrobić wszystko, co się da, by Mikołajki kojarzyły się z konkretnym dobrem i by dzieci wiedziały, jakie jest ich pochodzenie?

Mam na to kilka pomysłów.

Wierzysz w świętego Mikołaja?

Tak, właśnie Ty – mój dorosły Czytelniku. Czy jesteś w stanie przypomnieć sobie, ile razy modliłeś się za jego wstawiennictwem? Jeśli nie, to może czas to nadrobić? Na początku warto po prostu na niego popatrzeć:

Potem – poczytać o nim trochę więcej. Może zainspiruje Cię to, że jest uznawany za cudotwórcę? Może nawiążesz z nim nić porozumienia gdy dowiesz się, że uważa się go za świętego w szczególny sposób opiekującego się rodzinami? Jeśli chciałbyś się pomodlić, polecam bardzo pomocną w takiej sytuacji litanię – to dobry sposób, by spędzić dzisiaj kilka minut ze świętym Mikołajem. Przy okazji możesz przemycić też prośbę o coś, co byłoby dla Ciebie pięknym i wyczekanym prezentem. Spróbujesz? :)

Wpuść go do dziecięcego pokoju

Gdy już pomachasz łapką do Mikołaja ze świata telewizyjnych reklam, gdy wieczorem opadną emocje związane z poszukiwaniem słodyczy w pięknie wyczyszczonych bucikach, usiądź z dziećmi chociaż na kilka minut i opowiedz o świętym, który rozdawał prezenty jeszcze zanim zaczęło to być modne ;) Mam dla Ciebie garść pomocnych gadżetów, dzięki którym ta opowieść przyciągnie uwagę małych słuchaczy.

Jeśli chcecie, możecie ułożyć prawdziwe Mikołajowe puzzle (znajdziesz tu – kilk -kilka wzorów):

A może lepszym pomysłem będzie wykonanie własnoręcznych opakowań na drobne słodkości? Jeśli tak, zajrzycie TUTAJ:

Możecie również wykonać drobne ozdoby świąteczne, a mnóstwo podpowiedzi w tym temacie znajdziecie w wirtualnym Centrum Świętego Mikołaja

Większość z tych pomysłów nie wymaga szczególnych przygotowań, nie martwcie się brakiem czasu. Do wieczora na pewno zdążycie. I jestem pewna, że święty w tym pomoże ;)

Kochaj bliźniego jak siebie samego

W tym dniu wielu z nas przygotowuje podarunki dla najbliższych – i nie tylko. Oprócz drobnych prezentów, jakimi obdarujemy nasze dzieci, warto pomyśleć o chociażby jednej rzeczy, którą zrobimy dla kogoś, kogo zupełnie nie znamy i kto nie może nam się odwdzięczyć. To może być kilka złotych wydanych w spiżarni Kasisi albo zakup koca termicznego dla dziecka z Syrii. Drobny gest, który ma znaczenie nie tylko dzisiaj, ale być może w tym szczególnym dniu jeszcze bardziej może poruszyć nasze serce.

To jednak nie wszystko. Przez ostatnie miesiąc odkrywam powoli, co kryje się w słowach: kochać bliźniego jak siebie samego. Często przynajmniej w tym, co zewnętrzne (czyli co jest konkretnym i dobrym działaniem) nie mam problemu z tym pierwszym. Gorzej jest z drugą częścią tego zdania. Czy kocham siebie samą, jeśli biorę na siebie za dużo obowiązków i zarywam kolejne noce, zaniedbując odpoczynek? Czy potrafię siebie kochać, jeśli robię miliard rzeczy dla innych, a dla siebie nie mam czasu zrobić chociażby obiadu czy ciepłej herbaty? W jaki sposób mówię do samej siebie – z miłością czy z wyrzutem? Potrafię dać sobie samej dobre słowo czy jedynie listę wymagań i wyrzutów? I jakim wzrokiem patrzę na siebie, gdy spoglądam w lustro?…

To bardzo dobre pytania na dzisiaj, bo Mikołajki są też dla mnie. Oprócz podzielenia się dobrem z innymi, mam też dziś zadanie specjalne – zrobić sobie samej mały prezent. To niekoniecznie musi być torebka z najnowszej kolekcji w ulubionym sklepie. To może być pół godziny czytania książki czy słuchania ulubionej płyty. Kto wie, może dobrym pomysłem będzie ugotowanie swojej ulubionej potrawy i zjedzenie jej bez pośpiechu, nawet przy świecach – bo jak szaleć to szaleć. Pamiętasz, kiedy ostatnio zrobiłaś coś dla siebie – bez wyrzutów sumienia i tak, żeby mieć z tego dziecięcą radość? Jeśli nie, to rzuć dziś wszystko, co może poczekać do jutra i biegnij przypomnieć sobie, jak pięknie wyglądasz, gdy szczerze się uśmiechasz :)

 

Źródła grafiki:

św. Mikołaj – http://radom.cerkiew.pl/ywot-w-mikoaja-cudotwrcy ;

 

zrób to pięknie – w Adwencie :)

26 dni dni. Tyle czasu zostało do Świąt, które nie tylko dla dzieci są szczególnym czasem. Uwielbiam Boże Narodzenie! Czuję się w tym okresie podwójnie szczęśliwa. Po pierwsze – bo wierzę w to, że naprawdę „Bóg się rodzi” i że to coś więcej, niż tylko słowa kolędy. Wierzę, że „Słowo ciałem się stało”, co oznacza nie tylko narodziny w stajence 2000 lat temu, ale również autentyczną i realną obecność Boga w świecie. Tu i teraz. Również w moim domu. Drugi powód do radości jest pewnie bardziej przyziemny: ja naprawdę bardzo lubię to, co części osób wydaje się przedświątecznym przerostem formy nad treścią. Lubię pięknie ozdobione choinki, lubię Mikołaja – nie tylko świętego z Miry, lubię nawet nucić pod nosem: „Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta”, mimo że Coca-Colę piję bardzo rzadko ;)

Cieszy mnie wszystko, co jest oczekiwaniem na czas Bożego Narodzenia. Czytania w Adwencie prowadzą nas niesamowitą drogą i mówią, szepczą, a czasem wykrzykują: „Zobacz, jaki On jest dobry”.  „Odkupiciel nasz” to Twoje imię odwieczne. – słyszymy w pierwszą niedzielę Adwentu. Wtedy Pan Bóg otrze łzy z każdego oblicza – zapewnia nas Jego Słowo w kolejnych dniach. Ścieżka tych zapowiedzi to wspaniały szlak, na jaki warto się wybrać, żeby naprawdę dotrzeć do stajenki, w której leży Nowonarodzony – by dotrzeć tam sercem. Co roku mamy mnóstwo propozycji na ten czas i każdy z nas może wybierać i przebierać w poszukiwaniu tego, co będzie dla niego pomocne. Dla zabieganych i próbujących odnajdować Boga w codzienności polecam nasze rekolekcje: „Ujrzeliśmy Jego gwiazdę”. Każdego dnia będziemy szukać „gwiazdy” – konkretnego Słowa, które poprowadzi nas przez naszą Ziemię Świętą, którą jest… codzienność, bo to właśnie tak możemy spotkać Boga.  Bardzo serdecznie Was zapraszam – codzienne wprowadzenia do modlitwy będą ukazywały się zarówno na stronie Internetowego Domu Rekolekcyjnego jak i na Facebooku, natomiast jeśli ktoś chce się podzielić swoim doświadczeniem modlitwy oraz spróbować zrobić swój grudniownik, niech śmiało zagląda do naszej grupy.

Jeśli szukacie czegoś, co zaangażuje również Wasze dzieci, również mam dla Was kilka podpowiedzi. Kasia Marcinkowska, znana wielu z Was ze strony Serce Kobiety, stworzyła w tym roku również propozycję skierowaną do najmłodszych – uRodziny Jezusa. Jedna z „naszych” mam również przygotowała coś, co pomoże w rodzinnym oczekiwaniu na Boże Narodzenie – kalendarz adwentowy wraz z kartami adwentowymi. Z kolei na blogu Latorośle znajdziecie mnóstwo podpowiedzi związanych nie tylko z Adwentem – ale jeśli planujecie wykonać kalendarz samodzielnie, naprawdę warto tam zajrzeć. To zadanie ułatwi również zbiór pomysłów na stronie Dzieciaki w domu. A jeśli wszystko pójdzie dobrze, będę mogła Wam przedstawić jeszcze jedną propozycję dla rodziców i dzieci – na razie jednak nie uprzedzam faktów :)

Kilka pomysłów na kalendarz adwentowy znalazłam na Pintereście:

tu pomysł na to, w jaki sposób ze zwykłych torebek papierowych wyczarować coś, co zachwyci dzieci:

A tak wygląda kalendarz, który 5 lat temu stworzyłam z… kartonu po szafie (byliśmy świeżo po przeprowadzce) i ozdobnego papieru:

Kalendarze adwentowe to jednak nie wszystko. Przekopując się przez zasoby Pinteresta znalazłam też kilka fajnych pomysłów na ozdoby świąteczne. Można je wykonać z dziećmi, w dodatku nie wymagają ani specjalnych uzdolnień, ani wielkich nakładów finansowych. Taka wspólna zabawa może być jedną z propozycji zadań do kalendarza adwentowego, na pewno też zapisze się w pamięci dzieci. Może to również dobry pomysł na wykonane własnoręcznie upominki dla najbliższych? Popatrzcie, jaki cuda można wyczarować ze zwykłych szyszek:

makaronu:

klamerek:

albo patyczków do lodów:

Bardziej wytrwali mogą zapolować na sizal (dostępny nie tylko w sklepie z artykułami do rękodzieła) i w prosty sposób (podpowiedź w tym filmiku) wyczarować z niego choinkowe cuda:

choineczki można zamknąć w słoiku:

a nawet pokusić się o wykonanie wersji bardzo mini:

Dla tych, którzy chcą zagospodarować większe przestrzenie, również mam garść inspiracji – które dziecko nie ucieszyłoby się z takiej zimowej aranżacji? :)

Najmłodsi z kolei na pewno pokochają filcową choinkę – a ja myślę, że można w podobny sposób zrobić również Bożonarodzeniową szopkę :)

A jakie są Wasze pomysły? Jeśli udało Wam się zrobić coś ciekawego, koniecznie podzielcie się zdjęciami w komentarzach :)

 

zagrożenia duchowe.

Zakazany owoc kusi najbardziej, a pisząc te słowa myślę nie tylko o znanej historii biblijnej, ale też o sobie samej. Pamiętam czas spędzony w szpitalu, w którym wylądowałam z podejrzeniem cukrzycy. Im więcej czasu trwała narzucona mi i oczywiście ograniczająca węglowodany dieta, tym większy apetyt miałam na czekoladę. I zdarzyło się ją podjadać po kryjomu… Po kilkunastu latach przyzwyczaiłam się do pewnych ograniczeń, a że swoim dzieciom staram się dawać to, co najlepsze, im również staram się serwować marchewkę zamiast chipsów i makaron razowy z domowym sosem zamiast fast foodów z mrożonek. Zdarza się jednak, że wśród wykopalisk, jakie regularnie wykonuję w ciemnych czeluściach tornistra, znajduję opakowania po chrupkach, które zapewne świecą w ciemnościach od namiaru konserwantów albo innych zdobyczy ze szkolnego sklepiku. Bo zakazany owoc kusi, a nawet jeśli jest zakazany lub zły, bywa też…smaczny.

Ocalił świat

Jezus siedzący w otoczeniu nie celników i grzeszników, lecz Supermana i Hulka – brzmi niedorzecznie? Być może, ale ja bardzo lubię tę grafikę, bo przekazuje ważną wiadomość – to Jezus ocalił świat. To Jego ofiara na krzyżu sprawiła, że mamy Życie – w obfitości. I to On jest prawdziwym Superbohaterem, takim który może obronić nas w każdej sytuacji. Nie ma takiego zagrożenia, przed którym nie moglibyśmy uciec, chroniąc się bezpiecznie w Jego ramionach. To dopiero Dobra Nowina, prawda? Tak przecież śpiewamy w popularnej piosence: „Jezus zwyciężył! To wykonało się – szatan pokonany, Jezus złamał śmierci moc. Jezus jest Panem, o Alleluja! Po wieczne czasy Królem królów jest!”. To tylko piosenka? Powtarzane z przyzwyczajenia słowa? Czy coś czym chrześcijanin ma żyć na co dzień?…

 

Zagrożenia duchowe

Zagrożenia duchowe istnieją i daleka jestem od ich bagatelizowania. Zły duch istnieje i działa – widzimy to przecież na co dzień. W jaki sposób? Co jakiś czas dostaję wiadomości dotyczące treści pojawiających się na moim profilu. Przerabiałam już wiele tematów: oczywiście Halloween, kucyki Pony (bo „przyjaźń to magia” a magia jest zła), Minionki, Świnka Peppa, oberwało się nawet Bridget Jones… W takich przypadkach zastanawiam się, w jaki sposób reagować na wiadomości, w których w dobrej wierze ktoś chce mnie „uświadomić”. Staram się być dyplomatyczna, choć nie zawsze mi to wychodzi. Tu jednak postaram się bardziej, bo naprawdę wierzę, że słowo „katolicki” mieści w sobie więcej, niż nam się wydaje. Można być katolikiem i nie lubić różańca (ja lubię! od razu uprzedzam atak :) ). Można być katolikiem i nigdy nie pójść na żadną pielgrzymkę albo chodzić co roku do Częstochowy. Można być katolikiem i czytać Harrego Pottera (naprawdę! i wiem, że za to oberwę, ale tak jest). Można być katolikiem i Harrego Pottera nie lubić, a czytać tylko książki z księgarni katolickiej (i nic w tym złego). Można być katolikiem i przeżywać swoją wiarę w bardzo różny sposób! Można też w odmienny sposób mówić o zagrożeniach duchowych. Nie czyni to z nikogo katolika drugiej kategorii, jak sądzę. Nie daje też nikomu prawa do mówienia: „Pozwól, że ja teraz to źdźbło trawy usunę z Twoich oczu, boś Ty taki nieświadomy…”. Dlatego ja dzisiaj nie będę Wam mówiła, że białe to białe, że czarne bywa w kratkę, a najbardziej to lubię różowy ;) Podzielę się z Wami po prostu tym, jak wygląda to w moim domu. Uszanujcie to, proszę – to, że to moja próba podzielenia się sobą, a nie narzucenia komukolwiek swojej racji. 

Co jest zagrożeniem duchowym, czyli spowiedź matki

Postanowiłam zadać sobie to pytanie i uczciwie na nie odpowiedzieć – bez zaglądania do wikipedii, o ile w katolickiej części internetu zawiera wyjaśnienia takich haseł. Co to jest zagrożenie duchowe? Coś, co odłącza mnie od Boga, czyli po prostu…grzech. To grzech sprawia, że odwracam się od Miłości, kierując swoje kroki ku szlakom oznaczonym jako „ja wiem lepiej” albo „Ty się, Panie Boże, nie wtrącaj”. Wśród wymienianych często (przynajmniej w internetach) zagrożeń duchowych, wiele dotyczy tego, co ma związek z magią czy wiarą w przesądy albo wróżby, czyli z tym, co dotyczy pierwszego przykazania. A gdyby tak matka, czyli ja, miała zrobić rachunek sumienia, to z czego musiałaby się spowiadać? Nie wierzę w zabobony, nie wywołuję duchów, nie czytam horoskopów. A jednak zdarza mi się łamać pierwsze przykazanie! „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną” – mówi Pan, a mi zdarza się stawiać na Jego miejscu  swoje (a nie Jego) plany. Zdarza mi się nie mieć czasu na modlitwę, ale z łatwością znajdować go na przesiadywanie na Facebooku. Zdarza mi się zbyt długo pracować kosztem czasu spędzonego z rodziną – czyli de facto czegoś, co wiąże się z moim powołaniem. Choć ciężko się do tego przyznać, uciekam od Niego, tworząc sobie coraz to nowe bożki, z których przywiązanie do opinii innych czy kurczowe trzymanie się swojej wizji przyszłości to pewnie najmniejsze problemy. I zastanawiam się, co jest większym zagrożeniem duchowym – komedia (jak wspomniana Bridget Jones), która jest dla mnie autentycznie śmieszna, choć na pewno nie katolicka, czy to, że moja lista priorytetów w życiu nie zawsze układa się, tak, jakby chciał tego Jezus?…

A co z bajkami?

Z bajkami… jest ciężko :) Trudno trafić na takie, które faktycznie niosą dobre wartości i są jednocześnie na tyle interesujące, by wciągnąć dzieciaki. Ale „trudne” nie znaczy „niemożliwe”, dlatego staram się podsuwać dzieciom to, co wydaje mi się dobre. Gdy widzę, że zaczynają oglądać jakieś hałaśliwe kreskówkowe śmieci (tak, potrafią obsłużyć pilota i nie zawahają się go użyć w poszukiwaniu zakazanego owocu ;) ) mówię wprost: „Ta bajka jest głupia i jeśli nie chcecie, żeby zrobiła Wam kisiel z mózgu, lepiej idźcie poczytać książkę”. Koniec cytatu. Wiem jednak, że nie ucieknę ani przed Świnką Peppą, ani przed Minionkami – bo one są dosłownie wszędzie, z opakowaniami jogurtu łącznie. Nie widzę też powodu, by w związku z tym wpadać w panikę. Mam  inny sposób niż tropienie wszystkich potencjalnych zagrożeń duchowych i mnożenie zakazów. Dlaczego? Bo zakazy działają tylko wtedy, gdy matczyne (lub ojcowskie) oko sprawuje kontrolę. W szkole, na podwórku, wśród rówieśników – nie mam wpływu na to, z czym zetknie się moje dziecko. Jestem też pewna, że przynajmniej w niektórych dziedzinach może stać się to samo, co z odwiedzinami w szkolnym sklepiku – moja pociecha stwierdzi, że nawet jeśli coś jest zakazane, może być smaczne, więc warto spróbować.

Ponownie – zakazany owoc

Pokusy lubią pustkę. Ona im sprzyja. Dlatego mam swój sposób na wychowywanie dzieci tak, by potrafiły wybierać to, co dobre (inna sprawa, czy mój sposób okaże się skuteczny – nie mam jednak innego wyboru, niż spróbować, podążając za swoim matczynym instynktem). Tym sposobem jest wypełnianie pustki. Jak? Po pierwsze – rozmawiamy ze sobą. Rozmawiamy nie tylko o wierze, ale i o codziennych wydarzeniach. I to dzięki temu – dzięki naszej obecności, zainteresowaniu i zachowaniu, które dzieci każdego dnia obserwują, uczymy je, co jest dobre, a co złe. Po drugie – kontrolujemy, ale mądrze. Czas przeznaczony na korzystanie z tableta czy telewizora jest ograniczony, zazwyczaj też dzieje się to w naszej obecności, możemy więc zareagować, gdy widzimy nieodpowiednie treści. Wtedy można nie tylko wytłumaczyć dziecku, że niektóre bajki nie nadają się do oglądania (zastanawiam się czasem, kto to wymyśla i rysuje…). Można też zaproponować coś w zamian, jak na przykład wspólną grę w jakąś fajną planszówkę. To działa.  Po trzecie i najważniejsze – bardziej niż tropieniem zła, zajmujemy się wyszukiwaniem i wzmacnianiem dobra. Nic nie zapełnia pustki w lepszy sposób! Nasze dzieci uczęszczają na zajęcia Katechezy Dobrego Pasterza, gdzie w przystępny dla nich i wzruszający dla mnie sposób zaangażowane mamy (ze wspólnoty Efraim, której dziękuję za to dzieło) opowiadają dzieciom o Bogu. Modlimy się wspólnie swoimi słowami, by pokazywać dzieciom, że Bóg to nie „Bozia”, która odhacza odmówione „paciorki”, lecz Przyjaciel i Ktoś, kto się o nich troszczy. Budujemy cegiełka po cegiełce na dobrym fundamencie po to, by za parę lat – gdy w szkole mniejszym problemem staną się bajki czy przebrania na Halloween, a pojawią się propozycje spróbowania narkotyków czy alkoholu – dzieci wiedziały, kim są i co jest dla nich ważne. To chroni przed pokusami dużo lepiej, niż nawet perfekcyjnie wyuczony na pamięć spis reguł i zakazów.

Moja prośba

Kimkolwiek jesteś, proszę Cię, byś przeczytała te słowa z życzliwością. Nie narzucam Ci mojego punktu widzenia i proszę o to samo. Nie chcę wchodzić z buciorami w Twój sposób patrzenia na rzeczywistość – dzielę się jedynie swoimi przemyśleniami. Dotyczą one mnie samej i dzieci w ilości sztuk dwóch :) Dzieci, które znam, bo są trochę po tatusiu, którego kocham i trochę po mamusi (po mnie), z którą żyję w zgodzie od 35lat. To, co napisałam, sprawdza się u nas w domu. To, w jaki sposób wychowujesz swoje dzieci – to Twoja sprawa, Twój instynkt macierzyński, przekonania, intuicje i wybory. Pozostawiam je Tobie :)

Piszę te słowa, bo niejednokrotnie przy poruszaniu takich tematów byłam zasypywana wiadomościami, z których część sugerowała, bym na przykład zmieniła nazwę strony. Bo „chrześcijańska” mama nie może publikować jakichś konretnych treści, albo „chrześcijańska” mama nie jest wcale chrześcijańska (pisali protestanci), więc powinna nazywać się „katolicka”. W związku z tym, że ja nie wchodzę do Twojego domu, nakazując Ci zmiany koloru ścian i firanek, Ciebie proszę o to samo – w tej przestrzeni dajmy sobie wolność. Nie będę brała udziału w  dyskusji, która niechybnie wybuchnie pod tym wpisem :) będę ją jednak dyskretnie moderować i o tym uczciwie uprzedzam.

Święty Ignacy napisał takie słowa: „Trzeba z góry założyć, że każdy dobry chrześcijanin winien być bardziej skory do ocalenia wypowiedzi bliźniego, niż do jej potępienia.” I z tym słowami chciałam Was zostawić, pozdrawiając jednocześnie wszystkich. Naprawdę wszystkich :)

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Przejdź do paska narzędzi