Wezwana z czułością (1)

Zaraz po wyjściu z synagogi przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł do niej i podniósł ją ująwszy za rękę, tak iż gorączka ją opuściła. A ona im usługiwała. (Mk 1, 29-30)

Wyobraź sobie: kobietę leżącą na łóżku, osłabioną gorączką, bardzo wycieńczoną. Przyjrzyj się dobrze Jezusowi, który podchodzi do posłania, dotyka kobiety, a ona odzyskuje siły. Zobacz ten moment spotkania, ten ułamek sekundy, kiedy patrzą na siebie wzajemnie.

Poproś: o poświęcenie wszystkich swoich sił życiowych na służbę Jezusowi, bez względu na to, jakim powołaniem On Cię obdarzył.

Pomyśl: owocem uzdrowienia, dotyku Jezusa w przypadku teściowej Szymona jest postawa służby. Ona doświadczyła łaski, dotknięcia, czułości Jezusa, który pochylił się nad nią. W odpowiedzi na to – wstaje i usługuje.
Doświadcza dobroci, chce odpowiedzieć dobrocią.
Doświadcza czułości, chce odpowiedzieć czułością w bardzo konkretnym wyrazie.

Zapytaj o swoją postawę serca. Jezus przychodzi, pochyla się nad Tobą bardzo konkretnie – w Sakramencie Pokuty darowuje Ci słabość, posila Cię Swoim Słowem i Ciałem w Eucharystii. A Ty? Jak odpowiadasz na te łaski, na dowody miłości Jezusa? Czy chętnie Mu służysz w konkrecie Twojego życia? Czy dostrzegasz Go w innych i pochylasz się nad Nim obecnym w drugim człowieku? Porozmawiaj z Panem o swojej postawie służby. Jeśli dostrzegasz braki – przepraszaj Go. A jeśli Twoje serce jest wrażliwe i czułe – podziękuj Jezusowi za to właśnie teraz.

Działaj: zechciej dziś, bardzo świadomie i konkretnie wyświadczyć komuś choćby najmniejszy gest dobroci – pamiętając, że służysz Jezusowi, który wezwał Cię do takiej właśnie postawy.

(rozważanie: Ania)

Nowenna przed uroczystością Najświętszego Serca Pana Jezusa – “Sercowa sprawa, czyli o czułości Pana Boga”, dzień 5

Dotknięta z czułością (2)

Przynosili Mu również dzieci, żeby ich dotknął; lecz uczniowie szorstko zabraniali im tego. A Jezus, widząc to, oburzył się i rzekł do nich: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego”. I biorąc je w objęcia, kładł na nie ręce i błogosławił je. (Mk 10, 13-16)

Wyobraź sobie: Jezusa, który stoi z otwartymi ramionami i chce Cię przytulić.

Poproś dzisiaj o porzucenie wszystkich masek, zabezpieczeń, spraw które nieustannie kontrolujesz.

Pomyśl o tym: Tylko ktoś, kto ma puste ręce, może odwzajemnić uścisk. Jak wyglądają Twoje? Co w nich nieustannie niesiesz? Jaki ciężar dźwigasz sama, doświadczając zmęczenia i bólu? Jakich masek kurczowo się trzymasz?

Jezus chce wziąć Cię w objęcia, położyć na Tobie ręce i wypowiedzieć nad Tobą słowa błogosławieństwa. Chce wziąć od Ciebie Twój ciężar i nie tylko nieść go razem z Tobą, ale i Ciebie nieść, gdy nie masz na to sił. Dokładnie tak, jak czasem bierze się na ręce dzieci. Z troską, czułością i w taki sposób, że mogą czuć się bezpiecznie – bo przecież są w ramionach kogoś większego i silniejszego od nich. Może są w Twoim życiu takie trudności, z którymi naprawdę nie musisz sobie radzić sama?

Co dziś wypełnia, a być może też obciąża Twoje ręce, myśli i uczucia? Co chciałabyś Mu dzisiaj oddać?

Działaj: W ciągu postaraj się poprosić Jezusa o pomoc w tych sytuacjach, które są dla Ciebie trudne i z którymi próbujesz radzić sobie sama. Spróbuj dziś chociaż przez chwilę poczuć się jak dziecko i pozwolić, by zajął się Tobą ktoś, dla kogo nie ma rzeczy niemożliwych.

(rozważanie: Maja)

Nowenna przed uroczystością Najświętszego Serca Pana Jezusa – “Sercowa sprawa, czyli o czułości Pana Boga”, dzień 4

Dotknięta z czułością (1)

Słuchaj: A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele przecierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Słyszała ona o Jezusie, więc przyszła od tyłu, między tłumem, i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: «Żebym się choć Jego płaszcza dotknęła, a będę zdrowa». Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w ciele, że jest uzdrowiona z dolegliwości. A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: «Kto się dotknął mojego płaszcza?» Odpowiedzieli Mu uczniowie: «Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto się Mnie dotknął». On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła. Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: «Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości!». (Mk 25,12-16)

Wyobraź to sobie: wielki tłum, który otacza Jezusa i jedna kobieta, która z wiarą przybliża się do Niego, i dotyka się Go.

Poproś: o umiejętność przychodzenia do Jezusa ze wszystkimi lękami, bólami i cierpieniami.

Pomyśl: Kobieta cierpiąca na krwotok w wielu miejscach i u różnych osób szukała pomocy i ratunku dla siebie. Słowo mówi, że “całe swoje mienie wydała na to”. Mimo tego wciąż doświadczała cierpienia, czuła jak ucieka z niej życie. Była zmarginalizowana przez swoją społeczność, ponieważ upływ krwi czynił ją nieczystą.
Pewnie i Ty masz podobne doświadczenia – niesiesz wiele swoich smutków, cierpień, zranień. Pewnie jest coś co Ci doskwiera, co boli i nie pozwala Ci żyć. Co sprawia, że ucieka z Ciebie życie i siły witalne.Zatrzymaj się chwilę nad tym, odważ się to nazwać, zobaczyć i pokazać Jezusowi.

Ewangeliczna kobieta w akcie rozpaczy i desperacji przyszła do Jezusa. Ona jako jedyna dotknęła się Jezusa pokładając w Nim całą swoją nadzieję. I na ten dotyk i wołanie Jezus odpowiedział czułością – “córko, twoja wiara Cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości.”

Ten moment spotkania z Jezusem jest dla Ciebie szansą dotknięcia się Jezusa i doświadczenia Jego czułości. Jego Serce już bije niecierpliwie, aby dać Ci łaski i do nadmiarze, bo hojność Serca Pana jest zawsze większa niż nasze oczekiwania. On właśnie Tobie chce dzisiaj powiedzieć: “córko, twoja wiara Cię ocaliła, idź w pokoju i bądź uzdrowiona ze swej dolegliwości.”

Działaj: znajdź dziś 5 minut na to, aby zatrzymać się przed Jezusem, najlepiej ukrytym w Najświętszym Sakramencie, przylgnij do Niego, nic nie mów, trwaj w milczeniu.Pozwól Mu się dotknąć w ciszy, w intymnym spotkaniu.

(rozważanie: Ania)

Nowenna przed uroczystością Najświętszego Serca Pana Jezusa – “Sercowa sprawa, czyli o czułości Pana Boga”, dzień 3

Stworzona z czułością (2)

Gdy Jezus przyszedł do domu zwierzchnika i zobaczył fletnistów oraz tłum zgiełkliwy, rzekł: „Usuńcie się, bo dziewczynka nie umarła, tylko śpi”. A oni wyśmiewali Go. Skoro jednak usunięto tłum, wszedł i ujął ją za rękę, a dziewczynka wstała. (Mt 9,23-25)

Wyobraź to sobie – u słysz fletnistów i “tłum zgiełkliwy”, a potem spójrz na dziewczynkę, która leży bez sił, bez życia. W jaki sposób patrzy na nią Jezus?

Poproś:  byś dzisiaj umiała usłyszeć Jezusa -byś nie słuchała tego, co ściąga Cię w dół, pozbawia chęci życia i zagłusza dobro, ale byś umiała wsłuchać się w Jego głos

Pomyśl o tym: “Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie” (Ps 139). Powtarzam czasem te słowa, ale nie potrafię w nie uwierzyć. Przeszkadza mi w tym żywe i bolesne wspomnienie własnych upadków. Przeszkadza przeszłość, z którą nie potrafię się pogodzić, teraźniejszość, której nie rozumiem albo przyszłość, w  której nie widzę nadziei. Codziennie wsłuchuję się w docierające do mnie z zewnątrz i z własnego serca słowa o tym, że popełniam błędy, za mało się staram, zbyt mało znaczę, nie zasługuję na dobro, że nic mi w życiu nie wyjdzie… Ile razy skupiam uwagę na myślach, które zabierają mi pokój serca? Jezus jest tuż obok. On pragnie ująć mnie za rękę i przywrócić do życia. Zna moje słabości, wie o tym, co mi w życiu nie wyszło, ale nie przestaje patrzeć na mnie z miłością i czułością. Czy pozwolę sobie na to, by usłyszeć Jego głos?

Dzisiaj: spróbuj z uwagą wsłuchiwać się w to, co dzieje się w Twoim sercu. Które myśli jak “tłum zgiełkliwy” sprawiają, że jest w Tobie mniej radości, pokoju, życia? W których znajdujesz spokój, spełnienie i Bożą obecność?

(tekst rozważania: Maja)

Nowenna przed uroczystością Najświętszego Serca Pana Jezusa – “Sercowa sprawa, czyli o czułości Pana Boga”, dzień drugi.

Stworzona z czułością (1)

Bóg uczynił różne rodzaje dzikich zwierząt, bydła i wszelkich zwierząt pełzających po ziemi. I widział Bóg, że były dobre. A wreszcie rzekł Bóg: «Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi!» Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. (Rdz 1,25- 27)

Wyobraź to sobie –  zatrzymaj się nad przeczytanym Słowem. Spróbuj zobaczyć, jak właśnie Ciebie Bóg stwarza na swój obraz i podobieństwo. Jak powołuje Cię do istnienia, z pieczołowitością i wielką miłością. On pragnie, abyś istniała.

Poproś dzisiaj umiejętność zobaczenia jak wielkim i pięknym dziełem Bożym jesteś.

Pomyśl o tym: Proces stwarzania świata był rozłożony w czasie, wiele dzieł wyszło wtedy spod ręki Boga. Koroną stworzenia jest jednak człowiek – wszystko inne było “dobre”, ale tylko człowiek jest stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Zapytaj dziś siebie – jak patrzysz na siebie, jak siebie postrzegasz? Porozmawiaj o tym z Jezusem. Proś Go, abyś umiała zobaczyć całe swoje piękno i wielkość. Jesteś przecież stworzona z czułością.

Dzisiaj: W Twojej codzienności – choć jeden raz w ciągu dnia zatrzymaj się, po to, aby powiedzieć Panu Bogu:”Sławię Cię, żeś mnie tak cudownie stworzył; godne podziwu są Twoje dzieła.”(z psalmu 139)

(tekst rozważania: Ania)

Nowenna przed uroczystością Najświętszego Serca Pana Jezusa – “Sercowa sprawa, czyli o czułości Pana Boga”, dzień 1

Kto nigdy nie był dzieckiem…

Dzień Matki. Tłumy w kwiaciarniach, wzruszające słowa i kolorowe dziecięce laurki. W tym dniu robię niekiedy cichy rachunek sumienia, porównując moje wizje macierzyństwa i rzeczywistość, patrząc na pragnienia i ich realizację. Bilans bywa różny, ale zawsze ratuje go to, co uzupełnia każdy brak i każdą słabość – miłość.

Jednak dzisiaj, w Dniu Matki, wcale nie chcę się skupiać na tym, w jaki sposób wypełniam moją życiową i społeczną rolę. Dzisiaj chcę wsłuchać się w Słowo, jakie daje mi Kościół na ten dzień. I po raz kolejny przekonuję się, że to Słowo jest żywe i skuteczne. Nie mogłam dziś usłyszeć lepszej wiadomości, niż ta: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże.”

Jezus, który błogosławi dzieci i bierze je w objęcia. Albo innymi słowami: Jezus, który przytula, patrzy z miłością i mówi o tym, że pragnie mojego dobra i szczęścia (bo tym przecież jest błogosławieństwo).  Ten obraz przypomina mi coś bardzo ważnego: nie mogę być mamą, jeśli nie czuję się jak córka. Charlie Chaplin powiedział, że kto nigdy nie był dzieckiem, ten nie potrafi być dorosły. I ma rację. Jeśli nie umiem poczuć się jak dziecko, jeśli niezależnie od roli życiowej, w którą wchodzę, muszę być zawsze nieomylna, świetnie sobie radząca i odnosząca sukcesy, nie będę szczęśliwa. Nie będę w stanie dać też szczęścia innym. Mogę co najwyżej próbować wtłoczyć ich w moją wizję życia, w której kontroluję wszystko i wszystkich, nieustannie czuwając nad tym, by wszystko toczyło się zgodnie z planem. A to przecież nie tylko niewykonalne. To coś niewyobrażalnie trudnego. To ciężar, który potrafi zabić piękno, radość i szczęście. Kula u nogi, która sprawia, że nie dosięgnę gwiazdki z nieba, nawet jeśli Bóg podstawiłby mi pod sam nos drabinę, która prowadzi prosto do niej. Prosto do spełnienia marzeń.

Dlatego dzisiaj, w Dniu Matki, ja – żona i mama – chcę spojrzeć na to, w jaki sposób mogę być dzieckiem i jak mogę odkrywać w mojej codzienności obecność kogoś, kto jest większy. Większy ode mnie, od moich najbardziej genialnych planów, ale też od moich słabości i niemocy.

Mam prawo nie umieć.

Szkoła mówiła mi coś innego. Do zaliczenia partii materiału, semestru czy roku potrzebne było opanowanie konkretnej wiedzy i umiejętności. W dodatku najlepiej nie na tróję z dwoma minusami tylko na piątkę, albo przynajmniej tak, żeby nie wypaść najgorzej na tle klasy. Szkolne sprawdziany nie były zresztą jedynymi egzaminami, które przyszło mi zdawać. Dużo bardziej wymagające są te, do których podchodzę każdego dnia, próbując jak najlepiej odnaleźć się w roli kobiety dorosłej i odpowiedzialnej, katoliczki, żony, mamy. Bycie mamą oznacza też, że wiele rzeczy muszę wiedzieć – nie tylko to, w jaki sposób zareagować na gorączkę u dziecka, ale również to, w jaki sposób oddychają wieloryby, gdzie kończy się tęcza i w  jaki sposób wyczarować o 21:00 w domu zestaw guziczków i cekinów, które dziecko ma przynieść na następny dzień do szkoły.

To zupełnie normalne i tak powinno być – mam swoje obowiązki, odpowiedzialności i zadania, których wykonanie zależy tylko ode mnie. Niestety zdarza się, że w ten sposób myślę nie tylko o tym, co wpisane jest w moją rolę żony i mamy. Zdarza się, że całe swoje życie traktuję w ten sposób: że muszę wszystkiemu zaradzić, wszystko potrafić i znać odpowiedź na każde pytanie. Jezus mówi mi dzisiaj coś zupełnie innego: nie musisz. Masz prawo nie wiedzieć, nie potrafić i nie radzić sobie z tym, co Cię przerasta. A skoro On sam mówi o sobie, że jest Nauczycielem, to znaczy że mogę uczyć się od Niego. Chwile, w których to odkrywam i w których jak dziecko poznaję to, co nowe, pytam, odkrywam i testuję, są cudowne. Wtedy faktycznie czuję, że nie muszę być wszechwiedząca, że mam prawo zadawać pytania i nie radzić sobie z tym, co dla mnie za trudne. To chwile, które zdejmują z moich pleców ogromny ciężar…

To, co mówię, jest ważne

Kto chociaż raz miał kontakt z dociekliwym czterolatkiem, ten wie, ile pytań potrafi zadać. W relacji z dzieckiem naturalne jest też to, że chce ono pochwalić się swoimi odkryciami i sukcesami. „Maaaamoooo” – woła więc dziecko, pokazując z dumą ślimaka, dla którego trzeba poszukać sera na pierogi, kolekcję kamieni znalezionych na plaży, krzywo wycięte serduszko albo wieżę z klocków lego. A mama patrzy z dumą i wysłuchuje – po raz pierwszy, dziesiąty i setny.

Ile razy ja sama czułam, że potrzebuję być wysłuchana? Ilu spraw nie chciałam dzielić z Bogiem, bo uważałam, że są dla Niego nieważne, mało interesujące lub niewystarczająco pobożne? On pokazuje mi dzisiaj, że chce dzielić moje smutki i radości, że ma nieskończoną cierpliwość i sto procent zainteresowania dla wszystkich spraw, które mam w sercu. Chce, żebym do Niego mówiła i chce mnie słuchać. A jeśli trudno mi w to uwierzyć, mogę przypomnieć sobie chwile, w których moje dziecko z przejęciem opowiadało o sprawach, które świat uznaje za drobiazgi. Jak wtedy na nie patrzyłam? Z jaką uwagą słuchałam? I o ile lepszy w słuchaniu i patrzeniu z miłością jest najlepszy Ojciec?

Nie jestem zbawicielem świata.

W torebce noszę zawsze chusteczki higieniczne, plastry i butelkę wody – na wszelki wypadek. W sercu z kolei noszę nieskończoną liczbę scenariuszy, jakie mogą się rozegrać w życiu. Staram się zawczasu przewidywać to, co muszę zrobić: usuwać dzieciom przeszkody spod nóg lub decydować, że dla ich dobra powinni sami się z nimi mierzyć. Pomagać, wspierać, zapobiegać i dbać o ich dobro, jak tylko umiem. Problem w tym, że nie zawsze umiem. Nie mam wpływu ani na to, co zewnętrzne, ani na swój poziom zmęczenia czy rozdrażnienia. Nie umiem przewidzieć wszystkiego, nie jestem też chodzącym ideałem, zawsze wspierającym, czułym i dyspozycyjnym.

Jestem tylko człowiekiem. Nie muszę dźwigać na swoich barkach ciężaru zbawienia całego świata. Spokojnie mogę zostawić to Komuś, kto już to zrobił, w dodatku w sposób najlepszy z możliwych. Do tego czuję się dzisiaj zaproszona – do uznania, że są sprawy, które mnie przerastają. I do dostrzeżenia, że to nie oznacza końca świata, a jedynie możliwość oddania ich w zdecydowanie lepsze Ręce. Wraz z tym, co mi ciąży, mogę też w nich złożyć samą siebie – to co mnie boli, w czym niedomagam i czego nie rozumiem. Mogę pozwolić, by te dłonie objęły mnie z czułością, której potrzebuje każde dziecko – również to, które jest we mnie. Pozwolę dzisiaj temu dziecku przyjść do Niego. Nie będę w tym przeszkadzać. To najlepszy prezent, jaki mogę dziś sobie dać.

Prawdziwa Księżniczka

Rzadko oglądam telewizję, ale wczoraj po pracy padłam bez sił na kanapie, przerzucając od niechcenia kolejne kanały w kablówce. Po pewnym czasie zwróciłam uwagę na to, wśród czego mogłam wybierać- mogłam obejrzeć dokument o historii miłości księcia Harry’ego i Meghan Markle,  o tym, że zwyciężyła ona konwenanse, albo po prostu o samym królewskim ślubie. Gdyby te propozycje nie przypadły mi do gustu, mogłam również wziąć udział w dziewięćdziesiątych urodzinach królowej Elżbiety – oczywiście tylko i wyłącznie dzięki relacji telewizyjnej, ale dobre i to.

Królewski ślub rozpala wyobraźnię i sprawia, że na trasie przejazdu młodej pary ustawią się tłumy. Słyszałam dzisiaj relację pewnej Amerykanki, która odbyła daleką podróż tylko po to, by zobaczyć, jak spełnia się marzenie – bo przecież każda mała dziewczynka marzy, by zostać księżniczką. I jednej na milion się to udaje, tak jak Meghan Markle.

Jednej na milion? – pomyślałam. Smutne takie marzenia. Nie myślałam o tym nigdy wcześniej, mimo że jak każda dziewczynka, marzyłam kiedyś o balowej sukni, srebrnych pantofelkach i księciu z bajki. Nie wiedziałam też wtedy, że piękne suknie bywają nieziemsko niewygodne i ze od szpilek zdecydowanie wolę trampki. Albo  że trampki nie przeszkadzają ani w tym, by pójść na bal, ani by widzieć w sobie prawdziwą księżniczkę. To nie buty, suknia czy książę przy boku sprawiają, że rozkwitam i błyszczę. To nie to.

W dniu, w którym cały świat z entuzjazmem i zaciekawieniem będzie spoglądał na królewską młodą parę, Kościół (i ja wraz z nim) będzie patrzeć też w innym kierunku. W Niebo. W oczekiwaniu na Moc z wysoka, na Tego, który przychodzi w lekkim powiewie, cicho i delikatnie, a jednocześnie z siłą, której nie można się oprzeć. To Jego obecność sprawia, że w moim spojrzeniu jest radość i zapał. To dzięki Niemu rozkwitam, czyli staję się bardziej sobą, nawet jeśli wciąż daleko mi do ideału.

Jest taki fragment w Pieśni nad pieśniami, który ostatnio jest mi szczególnie bliski. „Ogrodem zamkniętym jesteś” – mówi Oblubieniec (Pnp 4,12), a potem opowiada o wonnych kwiatach henny i soczystych owocach granatu, o zdroju wód żywych i słodkim zapachu cynamonu. To bogactwo, które jest w każdej z nas. Bogactwo na co dzień czasem zakurzone, zapomniane albo przytłoczone przez troski, które upieramy się dźwigać o własnych siłach, nie pozwalając sobie pomóc. I pewnie każda z nas czuje się czasem tak, jak ja, gdy zamiast patrzeć w górę, skupiam wzrok tylko i wyłącznie na sobie. Wtedy  patrzę w lustro, na bałagan w szafie, na listę zaległości i aktualne zestawienie porażek, sukcesów i jeszcze kilku porażek. I czuję się nie jak księżniczka, ale jak gorsza siostra Kopciuszka. Ta, której nie szuka żaden książę z pantofelkiem w dłoni. I ta, która nie miałaby szans zmieścić stopy w ten pantofelek, tak samo jak nie mieści się w schemacie idealnej kobiety, żony i mamy…

„Ogrodem zamkniętym jesteś” – przypomina mi wtedy Pan. Masz w sobie piękno, które już istnieje, którego nie musisz sama w sobie stwarzać. Piękno któremu potrzebna jest przestrzeń ciszy i o które chce zadbać Ten, który je w Tobie złożył. Gdy Mu się na to pozwala, gdy wraca się do Źródła i czerpie z Niego życie, można odkrywać to, czym zaskoczyła kiedyś swoje współsiostry święta Faustyna. Kiedy niektóre z nich, próbując jej dokuczyć, nazywały ją świętoszką czy królewną, ona odpowiedziała: „Owszem, jestem królewną, bo płynie we mnie królewska krew Chrystusa.”

Może o to właśnie – o świadomość tego, kim jest On i kim my jesteśmy dzięki Niemu – warto prosić w wigilię Zesłania Ducha Świętego? :)

wiecznie za mało?

Ten wpis mógłby dotyczyć wielu spraw. Mogłabym na przykład napisać o tym, ze mam naturę chomika i wiele rzeczy chowam na wszelki wypadek, bo mogą się jeszcze przydać. Może to właśnie dlatego na naszym poddaszu zalegają kartony z ubraniami, do których kiedyś znowu schudnę albo z dziecięcymi zabawkami. Mogłabym też napisać o tym, że czasem jednak zbieram się w sobie i z miną bohatera rozpoczynam wielkie porządki, segregując, oceniając, wyrzucając lub… znowu odkładając. W ten sposób właśnie natknęłam się ostatnio na piękne, czerwone spodnie, które nosiłam w klasie maturalnej. Przy tej okazji mogłabym wspomnieć, że kupiłam je na wagarach, na które wybrałam się w któryś sobotni poranek zamiast grzecznie wkuwać słówka na kursie przygotowującym do egzaminów wstępnych na studia językowe (tak! kiedyś były egzaminy na studia :) i tak, miałam właśnie taki pomysł na życie – zasilić szeregi studentów wydziału filologicznego). Napiszę jednak o czymś innym. Napiszę o wspomnieniach, które dogoniły mnie, gdy otworzyłam zakurzone pudło z ciuchami sprzed lat. I o spodniach, bo one naprawdę są ważne! :)

Tamte były w rozmiarze 34, czyli takim, jaki faktycznie nosiłam w tamtych czasach. Teraz kupuję ubrania o 2-3 rozmiary większe, próżno też szukać w mojej garderobie jaskrawo kolorowych spodni czy (aż tak!) krótkich spódniczek. A jednak chodzącą do liceum w małym miasteczku dziewczynę sprzed 16 lat łączy ze mną jedna ważna rzecz i to właśnie uderzyło mnie, gdy zaczęłam wspominać tamte czasy. Pamiętam, że wtedy równie krytycznym okiem patrzyłam na siebie w lustrze. Tu miałam za dużo, tam za mało, nogi zawsze za krótkie, brzuch za duży. Upłynęły lata, zdążyłam złapać kilka nadprogramowych kilogramów, a moje spojrzenie na siebie pozostało niezmienne. Łudzę się czasem, że gdy dojdę do idealnej wagi, będę w końcu zadowolona, ale czy na pewno? Skoro nawet gdy mieściłam się w ciuchy jak dla lalki Barbie, wciąż chciałam coś w sobie poprawiać?…

Wracam do tych wspomnień w ostatnich dniach, zastanawiając się, czy jestem w tym odosobniona i skąd się to we mnie wzięło. Im dłużej myślę, tym wyraźniej widzę, że to moje wieczne niezadowolenie z siebie jest na pewnym osobom na rękę. Korzystają na tym firmy kosmetyczne, producenci suplementów i wszyscy, którzy za konkretną sumę zainwestowaną w konkretny produkt, obiecują nie tylko efekt w postaci wyglądu, ale też zmiany samopoczucia. „Jesteś tego warta” – przekonują – „tylko spróbuj, przekonaj się, kup…”. Nie jest to zresztą mój wniosek i moja myśl – wydaje mi się, że po raz pierwszy przeczytałam o tym w książce „Jesteś piękna” Anny Lasoń-Zygadlewicz (a piszę, że mi się wydaje, bo wiele książek wypuszczam w świat na wieczne nieoddanie i nie mogę tego teraz sprawdzić – za to książkę bardzo polecam!)

Doszłam ostatnio do wniosku, że czasem mamy za dużo. Mamy za dużo w kosmetyczce, szafie, szafce z butami i na liście mądrych książek do przeczytania. Mamy za dużo, bo wciąż wydaje nam się, że mamy za mało: wdzięku, urody, elokwencji, uroku. I mamy złudną nadzieję, że od lepszego samopoczucia (i innego patrzenia na siebie) dzieli nas tylko jeszcze jedne zakup obłędnych szpilek, sukienki tuszującej niedoskonałości figury czy super mascary. Albo wycieczka-ucieczka do dalekich krajów  czy skok na bungee. Czy na pewno?…

Daleka jestem od nawoływania do tego, żeby wyrzucić kosmetyki, ubierać się tylko li i wyłącznie w dresy (chociaż byłoby wygodnie, nie? i nie trzeba by wciągać brzucha ;) ) i nie dbać o dietę. To wszystko można i trzeba robić. To wszystko jest fajne i daje dużo radości, ale tylko pod jednym warunkiem: gdy ćwiczę nie po to, by osiągnąć idealną sylwetkę, ale by dobrze czuć się w swoim ciele. Gdy ubieram się boooooosko nie po to, by inni pozielenieli z zazdrości, ale z radości, że booooooskim dzieckiem będąc, mogę bawić się modą i ubierać tak, by to odzwierciedlało mnie samą. Gdy nie jestem więźniem standardów, których sama nie ustalam i do których wiecznie nie dorastam.

Recepta? Zapytaj siebie dzisiaj, co przeszkadza Ci cieszyć się sobą, taką jaka jesteś. Za duży nos? Za mały biust? Zbyt dużo w biodrach? A może nie taki kierunek studiów? Zbyt mało ambitnych książek przeczytanych w ambitnym towarzystwie? Nieodpowiedni wciąż stan cywilny? Albo zbyt nudne plany na przyszłość?

A gdy już zerkniesz na taką listę, gdy zobaczysz, jak wiele Ci brakuje, pomyśl przez chwilę, kto ustalił te warunki? Kto wtłoczył Cię w świat ograniczony przez powinności, dorastanie do ideałów i wieczne wybieganie w przyszłość, do momentu gdy już uda Ci się spełnić wszystkie konieczne warunki do bycia zadowoloną z siebie? To Ty ustaliłaś te reguły? Czy w jakiś dziwny, nieokreślony sposób przejęłaś je jako swoje? I czy naprawdę chcesz, by były TWOJE?

Nic nie stoi na przeszkodzie by dzisiaj, w ten piękny, rozkwitający majem i pełny słońca dzień przepisać tę listę na nowo. Tak żeby przestała być ciężarem, by przestała straszyć i popędzać, ale by stała się pomocą. Po swojemu.

 

Niczego nie musisz udowadniać.

Tydzień temu wróciłam z rekolekcji ignacjańskich. To był wyjątkowy czas, spędzony ze Słowem Bożym w całkowitym milczeniu. Na początku zawsze cisza wydaje się nieco nienaturalna. Potem stopniowo ona sama zajmuje coraz mniej mojej uwagi. Staje się tłem, przestrzenią spotkania – nie tylko z Bogiem, ale też z samą sobą.

Tuż po moim powrocie dotarła do mnie książka Jennie Allen „Niczego nie musisz udowadniać”. Do bardzo podobnych wniosków doprowadziło mnie pięć dni spędzonych wcześniej w ciszy, dni wypełnionych niespiesznymi spacerami, wpatrywaniem się w morze, smakowaniem słów Pisma Świętego i modlitwą, która była naturalna jak oddychanie. W tym czasie wracałam do przeszłości i wybiegałam w przyszłość, uśmiechałam się do swoich myśli, ale też wypłakałam morze łez. Dzięki temu w pewnym momencie mogłam stanąć twardo na ziemi, w moim „tu i teraz”, a jednocześnie mieć poczucie, że sercem jestem trochę w Niebie. I że nie jestem tu, na ziemi, przypadkowo, a więc mam prawo być, żyć, czuć i kochać tak jak umiem. Taką stworzył mnie Bóg, taką właśnie zapragnął mnie mieć.

Jennie Allen pisze w swojej książce o czymś, co jest zapewne bliskie wielu z nas. „Próbujesz sprostać oczekiwaniom za wszelką cenę? Wydaje ci się, że zawsze musisz być szczupła, pełna energii, idealna? Odczuwasz niepokój za każdym razem próbujesz odpocząć?” Ja na wszystkie te pytania odpowiadam twierdząco. Dlatego postanowiłam zobaczyć, jakimi wnioskami chce podzielić się ze mną znana w USA żona pastora, mama czwórki dzieci i założycielka organizacji religijnej wspierającej kobiety w ich podążaniu za Bożymi zaproszeniami.

Już pierwsze rozdziały przyniosły miłą niespodziankę. Miałam w ręku książkę napisaną przez osobę innego wyzwania,  wychowaną w innym kraju i żyjącą w innym środowiska. A jednak nasze doświadczenia były bardzo podobne! Jennie pewnie nie uczestniczyła w rekolekcjach ignacjańskich, a jednak nie kryje, że największe odkrycia dotyczące jej kobiecego serca, jej lęków, zranień i sposobów ich uleczenia, przyniosła właśnie cisza i pozwalanie, by Bóg mówił do niech przez swoje Słowo. Cisza i Słowo Boże. Wsłuchiwanie się w Jego głos i odkrywanie w tym, co mówi, prawdziwej Dobrej Nowiny. To genialne w swej prostocie i dostępne dla każdego. Jennie proponuje czytelnikom tę samą drogę, prowadząc nas przez wybrane rozdziały Ewangelii według św. Jana. I chociaż dobrze znam te historie, czułam że aż przechodzą mnie ciarki (dosłownie!) gdy czytałam historię Samarytanki opowiedzianą jej słowami…

Jennie dzieli się też zarówno swoimi doświadczeniami i historią życia, jak również szczerymi przemyśleniami. Fajnie jest czytać książkę i myśleć: „ja też tak mam!”. Jednym z fragmentów, który najbardziej mnie poruszył, jest ten – może dlatego, ze sama czasem spotykam się z pozornie życzliwymi pytaniami o to, dlaczego mam „tylko” dwójkę dzieci albo dlaczego oglądam TVN ;) :

„W naszej kulturze małżeństwo i rodzina stały się bożkami, zwłaszcza w Kościele. Najwyraźniej aby udowodnić, że jesteś oddaną naśladowczynią Jezusa, potrzebujesz stabilnej pracy w odpowiednim sektorze, musisz głosować na właściwą partię polityczną, mieś stosownych przyjaciół i przyzwoite konto oszczędnościowe. (…)

Naśladowanie Jezusa…

nie oznacza, że masz przepisowe dwa i pół zdrowego dziecka.

nie oznacza, że nie będziesz żyć od wypłaty do wypłaty.

nie oznacza, że dostaniesz wymarzoną pracę.

nie oznacza, że spotkasz księcia z bajki.

Oznacza jednak, a jest to nawet obietnica, że będziesz spełniona. Jezus obiecuje całkowite spełnienie. Tylko że ono nie pochodzi z rzeczy, które ceni ten świat.”

Napisałabym, że dobrą książkę poznaje się nie tylko po tym, że lekko się ją czyta, lecz również po tym, że po jej lekturze czuje się w sercu pokój. Napisałabym to, ale święty Ignacy wyprzedził mnie o kilkaset lat, bo sam kiedyś doszedł do podobnych wniosków. Jeśli chcielibyście spróbować, książkę dostaniecie m.in. na stronie Wydawnictwa WAM, a na rekolekcje ignacjańskie (rozpoczynające się od Fundamentu) możecie wybrać się na przykład do ICFD w Gdyni lub w inne piękne miejsca. Lokalizacja nie jest najważniejsza, bo chodzi przecież przede wszystkim o to, podróż do swojego serca…

Znam Cię.

„Ojej, przepraszam za bałagan” – słyszą czasem znajomi, wpadający do mnie znienacka. Przyjaciele słyszą to dużo rzadziej albo wcale. Gdy moja najlepsza przyjaciółka odwiedziła mnie krótko po przeprowadzce, powiedziałam jej tylko: „Uważaj, żebyś się o coś nie potknęła”, a potem usiadłyśmy z herbatą na jedynej wolnej przestrzeni wśród kartonów, porozrzucanych ciuchów i papierów. Nic nam nie przeszkadzało, a ja wiedziałam, że nie muszę się tłumaczyć.

„Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je” (J 10,27) – czytam dzisiaj i zastanawiam się, dlaczego tak często mi to umyka. Jezus mnie zna. Lepiej niż ja sama wie, jak wygląda mój największy bałagan i czemu nie mogę sobie z nim poradzić. Zna mnie – i właśnie dlatego mogę bez obawy słuchać Jego głosu. To ja, patrząc w lustro, myślę często: „Weź się w końcu ogarnij” a potem próbuję i Jego, i cały świat przepraszać za wszystkie moje nie-porządki i nie-poradności. A On? Może po prostu chciałby napić się z mną herbaty w samym środku mojego bałaganu?…

„Moje owce słuchają mojego głosu…idą za mną…daję im życie wieczne”. Jak to się dzieje, że często te i podobne słowa czytam w zupełnie inny sposób? Słyszę raczej: „Słuchaj, bo powinnaś słuchać pasterza. Słuchaj, wypełniaj przykazań, stosuj się do norm i zaleceń, bo stawką jest życie wieczne.” I nie neguję potrzeby wypełniania przykazań i podejmowania konkretnych wysiłków na drodze wiary. Chodzi o coś innego. Ja nie czytam wtedy słów Dobrej Nowiny. Czytam swoją listę wymagań, którą od lat powtarzam na różne sposoby i według której nauczyłam się myśleć. Patrzę na swój bałagan i zaczynam panikować. I czuję się nie jak owca, ale coraz bardziej jak… baran.

„Znam Cię” – mówi Jezus. I nie ma w Jego głosie nagany. Nie ma znaczącego uniesienia brwi, po którym wiesz, że ktoś zna Twój wstydliwy sekret i nie zawaha się go użyć przeciwko Tobie. „Znam Cię” – mówi Jezus i dodaje – „nikt nie wyrwie cię z mojej ręki”. Żaden życiowy bałagan, tornado codziennych emocji i najgłupszy nawet pomysł na rozwiązanie własnych spraw nierozwiązanych. Nie zgubisz się. Nie będziesz jak Kevin sam w domu czy jak entliczek-pętliczek-na-Ciebie-bęc-nieszczęście. Nie zginiesz na wieki. I to nie dlatego, że tak idealnie posprzątasz w swoim życiu, ale dlatego, że jest Ktoś większy od Ciebie. Jest Pasterz, który swoje życie oddaje za Ciebie, byś miała je w obfitości. Jest Zbawiciel. Zna Cię. I lubi bardzo.

I to jest właśnie Dobra Nowina. Na dziś, na zawsze, na wieczność.