„Były tam również niewiasty…”

„Były tam również niewiasty, które przypatrywały się z daleka, między nimi Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba Mniejszego i Józefa, i Salome.” (Mk 15,40) „Znam te imiona” – pomyślałam, słuchając dziś słów opisujących mękę i śmierć Jezusa. Te same kobiety pojawią się trzy dni później w relacji o zaskakującym poranku, który zmienił historię każdej z nich i każdej z nas, mimo że dzieli nas dwa tysiące lat.

„Kiedy przebywał w Galilei, one towarzyszyły Mu i usługiwały. I było wiele innych, które razem z Nim przyszły do Jerozolimy.” (Mk 15,41)

Było też wiele innych kobiet. Nie znam ich imion, ale mogę domyślać się, że zarówno wtedy, w Galilei, jak i przed kolejne setki lat za Jezusem podążały kolejne wsłuchane w Jego głos Marie i niemniej Mu oddane, choć również zapracowane Marty. Wśród kobiet, które chciały Mu towarzyszyć znalazła się niejedna Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów (Łk 8,2) i jeszcze więcej smutków. Były tam kobiety, których imiona być może niewiele by nam powiedziały. Te same imiona jednak, wypowiedziane przez Niego, nabierały niezwykłej mocy – doświadczyła tego przecież zapłakana Maria Magdalena, pogrążona w rozpaczy przy pustym grobie.

Było wiele innych. Wiele innych – ale nie tłum. Wiele kobiet wyjątkowych i otoczonych równie wyjątkową miłością. Jedynych w swoim rodzaju, bo stworzonych cudownie (Ps 139,14), choć doświadczających równie mocno jak my swoich słabości i niedoskonałości.

Było wiele innych. Wśród nich jest też miejsce dla Ciebie i dla mnie. Na początku Wielkiego Tygodnia zaproszenie do tego, by towarzyszyć Jezusowi, brzmi jeszcze bardziej wymownie. To zaproszenie skierowane konkretnie do Ciebie, niezależnie od tego, czym się na co dzień zajmujesz i jak bardzo jesteś zabiegana. Żeby przy kimś być, żeby mu towarzyszyć, wystarczy pragnienie. Wystarczy serce, które chce patrzeć trochę dalej niż tylko na siebie. Wystarczy decyzja.

Chcesz?…

Do pobrania w pdf: dzien1

na Wielkanoc chcę uwierzyć w Boże Narodzenie.

Nie chodzi tylko o to, że pada śnieg. Nie chodzi o to, że gdy pada śnieg, mój sześciolatek ma jednoznaczne skojarzenia: „Chwała na wysokości, chwała na wysokości…” (A pokój na ziemi to uniwersalna puenta, zawsze). Nie chodzi tylko o to.

Za miesiąc wyjeżdżam na rekolekcje. Cieszę się z tego jak gwizdek :) a w ramach przygotowań, zastanawiam się nad tym, czego się spodziewam po tym czasie. I w sumie to bardzo prosta sprawa: spodziewam się Boga. Spodziewam się czasu dla Niego i przestrzeni, której przecież zrobi się trochę więcej, skoro przestanę gadać i wyłączę komórkę z fejsbukami, jutubami i całą masą „muszę teraz zerknąć”. Brzmi pobożnie, prawda? Jest w tym tylko jeden problem:

odkładam Boga.

Odkładam Go na rekolekcje. Odkładam Go na później albo na półkę, razem ze stosem książek, które mają sprawić, że będę lepiej się modlić. Odkładam Go na „po spowiedzi”, na chwile, kiedy się uspokoję po kłótni, na czas, gdy będę potrafiła się odpowiednio wyciszyć i nastawić na spotkanie z Nim. Odkładam Go na „po pracy”, bo w pracy za dużo się dzieje. Odkładam Go na za piętnaście minut, bo teraz mam ważną rozmowę. Odkładam Go, aż będzie pobożniej, a to oznacza tylko jedno – nie wierzę w to, że może być naprawdę obecny w tym, co zwyczajne, brzydkie, męczące czy nudne. Nie wierzę w to tak do końca. A tak naprawdę w jakimś sensie nie wierzę w… Boże Narodzenie.

Nie wierzę w grotę czy stajenkę, w której było zimno i brudno. Nie wierzę w trud podróży, ucieczkę do Egiptu i ubogą zwyczajność Nazaretu. Nie wierzę w to, że Jezus też był zmęczony, też pracował, też rozmawiał z ludźmi. Że żył, czyli patrzył na wszystko z tej samej perspektywy, co ja. A przecież On nie wpadał do Galilei tylko na wizytacje. Nie noszono Go wtedy w lektyce i nie zstąpił na ziemię tylko na godzinkę, pooglądać sobie życie z bezpiecznego dystansu. On żył jak każdy z nas – śmiał się, płakał, zachwycał pięknem. Cierpiał. Bywał zmęczony.

Jeśli chcę doświadczyć Wielkiej Nocy, wielkiej światłości i pełni życia w tym, co we mnie umiera, jeśli chcę radości w moim smutku i zwycięstwa nad moją słabością, muszę najpierw uwierzyć w to, że On jest ze mną codziennie, nie od święta. Płacze razem ze mną wtedy, gdy ja siedzę zapłakana i nie wiem, co dalej robić. Cieszy się z moich sukcesów i rozumie moje znużenie czy zmęczenie po ciężkim dniu w pracy. Jest – po prostu i we wszystkim.

Nie muszę odkładać bycia z Nim na jutro, na rekolekcje, na „gdy poukładam sobie życie”. Nie muszę odkładać Go nawet na Wielki Tydzień, Niedzielę Wielkanocną i pójście do kościoła. On chce zwyciężać nad złem dokładnie tu, w moim życiu, w mojej codzienności, zmaganiach i zmęczeniu. Dzisiaj i każdego dnia. Mam wybór: mogę Mu na to pozwolić albo powiedzieć Mu, żeby jeszcze trochę poczekał. Aż będę gotowa, mniej zajęta, bardziej doskonała.

Aż sama się zbawię.

jak nie robić jaj z Wielkanocy (raz jeszcze)

Wielki Post rozpoczął się w Walentynki, a tymczasem Wielkanoc przypadnie pierwszego kwietnia. W świecie, w którym nauka krzyża ciągle dla niektórych jest zgorszeniem, a dla innych głupstwem (1 Kor 1,18), można potraktować tę zbieżność dat jako okazję do refleksji. Kto wie, może każdy z nas co roku obchodzi w jakimś stopniu nie Wielkanoc, lecz Prima Aprilis? Zamiast skupiać się na tym, co najważniejsze, dwoimy się i troimy, próbując przygotować święta idealne, z najlepszymi pisankami i największą ilością jedzenia. No i okna muszą być czyste, bo inaczej w tym roku nie będzie można ogłosić światu radosnej wieści o tym, że On żyje. :)

Tak naprawdę łatwo zrobić sobie jaja z Wielkanocy albo zamiast niej. Co roku, nie tylko teraz, gdy zrywając kartkę z kalendarza zobaczymy datę pierwszego kwietnia. Jak tego nie zrobić? W zeszłym roku dzieliłam się kilkoma pomysłami, a dzisiaj dorzucam kolejne kreatywne podpowiedzi- dla maluchów i dla trochę starszych Czytelników.

Dla dzieci

Wspólna modlitwa :)

Propozycje krótkiej modlitwy opartej na Słowie Bożym przygotowaliśmy wspólnie z Modlitwą w Drodze na Niedzielę Palmową oraz na Triduum Paschalne i Niedzielę Wielkanocną. Serdecznie zapraszam do tego, by się do nas przyłączyć :) Informacje na stronie Modlitwy w drodze oraz na FB.

I wspólne działania plastyczne :)

Jeśli lubicie prace plastyczne, na tej stronie znajdziecie darmowe pliki do wydruku. Można z nich stworzyć trójwymiarowe sceny, pokolorować je i wykorzystać do lepszego zobrazowania wydarzeń Wielkiego Tygodnia.

Tu mamy pomysł na własnoręczne wykonanie palemki:

A jeśli chcecie przyozdobić ja kwiatami, można wykorzystać takie podpowiedzi:

Dla fanów kolorowanek również znajdą się odpowiednie propozycje. Znajdziecie je między innymi tutaj.

https://mentebeta.com/whats-the-last-supper-antioch-kids/

W Wielki Czwartek, by pomóc dzieciom posmakować świąt innych niż te pachnące ciastami i czekoladowymi jajeczkami, można spróbować upiec podpłomyki czy też przaśniki – chleb podobny do tego, jaki jadł Jezus w czasie Ostatniej Wieczerzy. Spośród kilku przepisów które znalazłam, wypróbowałam ten: trzeba wymieszać i zagnieść szklankę mąki, odrobinę soli, łyżkę oliwy i nieco mniej pół szklanki wody. Formować małe placki – ja rozwałkowałam je na grubośc mniej więcej jednego centymetra, nakłuwać je widelcem i piec na posmarowanej olejem blaszce (albo jak u nas — na papierze do pieczenia) w temperaturze 180 stopni, aż przyrumienią się i będą chrupiące. Spróbujecie?

Już teraz warto też pomyśleć o wysianiu rzeżuchy lub owsa. W tym roku pomaga nam w tych działaniach miniogrodniczych książeczka „Ogródek na Twoim oknie”.

Książka ma twardą okładkę i  spiralkę, dzięki której wygodnie można przekładać kolejne strony. Część informacji zaskoczyła nie tylko dzieci, ale również mnie – zwłaszcza pomysł z wykorzystaniem tej części marchewki, którą zawsze odcinam i wyrzucam. Poza tym zawiera proste, czytelne ilustracje, dzięki którym można z maluchami porozmawiać o tajnikach ogrodnictwa. Ja sama należę do osób, którym usychają nawet kaktusy :) ale moje dzieci z dużym entuzjazmem już od kilku dnia podlewają przywiezione od Babci ziarenka słonecznika czy własnoręcznie zasianą rzeżuchę i owies. Podoba mi się to – taka zabawa jest kreatywna, a jednocześnie uczy odpowiedzialności.

Warto też opowiedzieć dzieciom przy okazji takich działań o ziarnie, które musi obumrzeć, by wydać owoc :) Stąd już prosta droga do podzielenia się w prostych słowach Dobrą Nowiną o tym, że Jezus przynosi nam życie – że umiera, aby w każdym z nas mogło wykiełkować dobro. I że On cieszy się tym, co w nas wzrasta, rozkwita, przynosi owoc. Maluchy rozumieją to czasem dużo lepiej niż my… :)

A jakie mam propozycje dla nas? :)

Dla dorosłych:

Gdy spojrzałam dzisiaj w kalendarz, pomyślałam, że co roku jest to samo. Co roku dziwię się, że to JUŻ (?!). Już za tydzień. Wielki Post się kończy, a ja mam wrażenie, że nie wiem, kiedy tak naprawdę minął ten czas… Jeśli czujecie się podobnie, mam dla Was specjalne zaproszenie: już w Niedzielę Palmową startują rekolekcje o spotkaniu z Miłosiernym. Nie są to typowe rekolekcje wielkopostne, nie jest to też opcja last minute dla spóźnialskich, bo to coś więcej – nie bez powodu od kilku lat Internetowy Dom Rekolekcyjny organizuje rekolekcje PASCHALNE. W tym roku będą one dotyczyć tematu Miłosierdzia. Spróbujecie? :)

Życzę każdemu z Was (i sobie również) by te ostatnie dni nie minęły na gorączkowym uzupełnianiu braków (w lodówce, w spiżarni czy w planie samodoskonalenia) ani na próbie budowania idealnej atrapy, która miałaby je zasłonić. Wiecie: szorowanie podłóg, zapisywanie się na kurs kulinarny „Jak upiec babę wielkanocną”, zaliczenie trzech mniej lub bardziej ekstremalnych dróg krzyżowych w ciągu doby itepe. Życzę Wam zaproszenia Jezusa do tego, co jest teraz. Zaproszenia Go do tego, co jest brakiem, ciemnością, niedoskonałością i beznadzieją. I wiary w to, że cud Wielkiej Nocy może się dokonać właśnie w tym, czego chcielibyśmy się pozbyć lub co chcielibyśmy ukryć… :)

 

hoduj kwiaty, nie dramaty

„Niech pani tak nie krzyczy, przecież to jeszcze aż tak nie boli”. Kobieta do kobiety. Na porodówce. Słuchałam z boku, w sąsiedniej sali.

Nie krzyczałam.

W Dniu Kobiet dostanę pewnie kwiatka i życzenia. Sama dla siebie będę dziś też wyjątkowo miła, starając się zadbać o to, by moja kobiecość mogła rozkwitać, cokolwiek to znaczy. I chociaż ze wszystkich stron słyszę dziś o kobiecym pięknie, sile i bogactwie wnętrza, moje myśli biegną w zupełnie innym kierunku.

Zastanawiam się jak i kiedy to się stało. Co stało się, że:

oduczyłam się krzyczeć wtedy, kiedy coś mnie bardzo boli

tak często mówię „jestem zmęczona”, choć tak naprawdę jestem smutna

nauczyłam się płakać tak, żeby nie rozmazać makijażu

umiem mówić bardzo dużo, nie mówiąc nic o sobie

tak rzadko daję sobie prawo, do bycia sobą. i do popełniania błędów.

Ale dzisiaj nie chcę od tego uciekać. Taka jestem. To już się stało. Mogę to zmieniać tylko wtedy, gdy zamiast stawiać siebie pod ścianą i skazywać na ciężkie roboty w kategorii pracy nad sobą, dam sobie trochę luzu.

W bajce o księżniczce uciekającej przed złym czarnoksiężnikiem, rzucony za nią grzebień zmienia się w wysokie góry, a lusterko – w głębokie jezioro. W naszej bajce jest inaczej. W naszej bajce niewypłakane łzy zmieniają się w kamień. Spojrzenie staje się zimne, serce mniej czułe, coraz szczelniej zasłonięte pancerzem, który ma chronić przed zranieniem. I wydaje nam się, że to właśnie siła. Że to dzielność i odwaga. A czy tak jest naprawdę?…

Gdybym  miała czegoś życzyć i sobie, i Wam, życzyłabym, żeby to co smutne, zostało. Żeby to, co trudne, nie zostało zamiecione pod dywan, tylko przepłakane i wykrzyczane. Bo wtedy to, co co złe, zostawi się za sobą. I wtedy będzie możliwe to, co strasznie spodobało mi się w piosence Andrzeja Zauchy, mimo że wyrywam te słowa z kontekstu:

„hoduj kwiaty, nie dramaty”

Nie tylko na parapecie. Przede wszystkim – w sobie.

Jak oswoić potwory spod łóżka?

Pod łóżkiem schował się potwór! Czasami grasuje samotnie, niekiedy z innymi, podobnymi sobie koszmarnymi stworzeniami. W ciągu dnia skutecznie się maskuje, nie zwracając na siebie najmniejszej uwagi. Za to gdy tylko gaśnie światło i zostajemy sami… Co prawda nigdy nie wychyla się ze swojej kryjówki, ale wydaje odgłosy, szamocze się, straszy – po prostu NIEPOKOI. Wyobraźnia podpowiada nam przerażające obrazy i za nic na świecie nie jesteśmy w stanie sprawdzić, co tak naprawdę kryje się w ciemności. Mamy wtedy dwa wyjścia: zignorować niepokój i wmówić sobie, że wszystko jest w porządku, albo poprosić rodziców, by zapalili światło i pomogli w polowaniu na potwora. Zazwyczaj w ich obecności okazuje się, że nie ma się czego bać. Zanim jednak do tego dojdzie, musimy się z nim skonfrontować. Serce wali nam bardzo mocno, a ręce drżą ze strachu, ale gdy już zajrzymy pod łóżko i zobaczymy, że tak naprawdę nie kryje się tam żaden potwór, poczucie ulgi jest wyzwalające…

Żródło:https://jerry8448.deviantart.com/

Choć przychodzi czas, w którym opuszczamy dziecięcy pokój, nasze lęki często przeprowadzają się razem z nami. Zabieramy je z sobą jak niechciany bagaż. Tak jak dzieci skupiamy się niekiedy na wyobrażaniu sobie przyszłości i tworzymy wizje dużo bardziej przerażające niż rzeczywistość. Czasem lęk mogą budzić sprawy związane z codziennością, jak nawiązanie konkretnej relacji czy podjęcie jakiegoś zobowiązania. Niekiedy są to jednak rzeczy dużo większego kalibru, gdy doświadczenie traumy wręcz paraliżuje i uniemożliwia normalne życie.

Znamienne jest to, że „potwory” wychodzą spod łóżek właśnie w nocy, kiedy jest ciemno, kiedy tracimy poczucie bezpieczeństwa lub przestajemy choć na chwilę kontrolować siebie i swoje emocje. Wtedy właśnie dochodzi do głosu wszystko to, co wcześniej było na tyle bolesne czy niewygodne, że nie chcieliśmy się z tym mierzyć. Upychaliśmy to po kątach, wrzucaliśmy na dno szuflad i zamykaliśmy je na cztery spusty albo wpychaliśmy to pod łóżko, próbując zaprzeczyć, że jakieś wydarzenie w ogóle miało miejsce.

Niewypłakane łzy, ból, którego nie chcieliśmy odczuwać, porażki, których nie przyjęliśmy do wiadomości, emocje, którym nie pozwalaliśmy dojść do głosu – to wszystko nie znika. Co więcej, wraca do nas w najmniej oczekiwanej chwili, jak ta, kiedy zmęczeni i otoczeni ciemnością, próbujemy zasnąć i zregenerować siły.

Można udawać, że problem nie istnieje. Można zagłuszać go używkami czy bogatym życiem towarzyskim, bo zapalenie światła i zerknięcie we wszystkie te ciemne, straszne miejsce wymaga odwagi. Ciężko jest to zrobić bez pomocy dobrego Ojca, dlatego nie warto ustawać w wołaniu do Niego. On przychodzi do naszych ciemności nie po to, by wytykać nam błędy, lecz by wziąć za rękę i zaprosić do zrobienia duchowych porządków. W Jego obecności łatwiej nazwać to, przed czym uciekamy. Z Nim można jeszcze raz przeżyć to, czemu staramy się zaprzeczyć. Już nie samotnie, nie o własnych siłach, tylko w obecności Kogoś, kto wie, czym jest cierpienie i sam przeszedł przez krzyż – ku życiu. Nawet jeśli coś wydaje się nam po ludzku beznadziejne i niezrozumiałe, to doświadczymy wyzwolenia, gdy złożymy to w Jego ręce – zupełnie jakbyśmy obudzili się z sennego koszmaru w kochających ramionach taty. Wtedy to już nie tylko nasz mroczny i wstydliwy sekret. Wtedy pozwalamy, by tam, gdzie do tej pory panowała ciemność, wpadł strumień światła. A gdy mija mrok, nawet potwory spod łóżka mniej przerażają i dają się oswoić.

Co jest Twoim największym lękiem? Potrafisz zobaczyć, w jaki sposób wpływa on na podejmowane przez Ciebie decyzje?

Opowiedz Bogu o tym lęku, a potem spróbuj posłuchać, co On chce Ci o nim opowiedzieć. Może zachęca Cię do konfrontacji z czymś trudnym, od czego uciekasz?  

(Fragment naszej książki :) „Ile lat ma Twoja dusza”, Wydawnictwo WAM)

12 (kolejnych) pomysłów na Wielki Post

W zeszłym roku podzieliłam się z Wami piętnastoma pomysłami na to, w jaki sposób dobrze przeżyć Wielki Post (nie żegnając się wcale z czekoladą). Tamten wpis znajdziecie o TU :) a ja, po roku, chciałabym podsunąć kilka kolejnych propozycji na to, by nie tyle zrobić w swoim życiu duchową rewolucję, co pozwolić na to Panu Bogu.

Słyszy się czasem, że Wielki Post to czas bardziej wytężonej pracy nad sobą. I pewnie można spojrzeć na to w ten sposób. A jednak, mimo że daleka jestem od nawoływania do bierności czy lekceważenia duchowych ćwiczeń, nie do końca podoba mi się to określenie. Pracować nad sobą to coś dobrego. Pozwolić, by to Pan Bóg nade mną pracował – to dużo lepsze. W tym pierwszym przypadku mogę  szukać jedynie doskonałości. W drugim, pomimo upadków i słabości, mogę odkrywać, że jest przy mnie Ktoś, kto prowadzi mnie do świętości przez wszystkie moje doświadczenia. W pierwszym przypadku będę realizować swój własny plan na dojście do tego, co perfekcyjne W drugim – zapytam Boga, co dla mnie zaplanował i otworzę się na niespodzianki, również te, za którymi mogę nie przepadać.

Kościół podpowiada nam niezmiennie, że pomocą w otwarciu się na Boże działanie są post, modlitwa i jałmużna. Czasem trudno jest nam to przełożyć to z języka pobożnych wezwań na język codzienności, a czasem wygodniej jest zatrzymać się tylko na odhaczeniu obecności na Drodze Krzyżowej. A jednak nic nie może nas bardziej zachęcić do odkrywania Miłości w tym wszystkim, niż Wielki Post, który zaczyna się…w Walentynki! Podpowiadam więc kilka sposobów na twórcze przeżycie tego czasu – takich, które mogą pomóc naszym sercom nie tyle stać się bardziej doskonałymi, co bardziej… kochać :)

 

 

 

 

 

MODLITWA

  1. Poszukaj ciszy. Zaplanuj sobie każdego dnia chociaż 5 minut, kiedy wyłączysz telefon, zamkniesz oczy, przestaniesz gadać – również sama ze sobą -a posłuchasz ciszy. Pytaj w tym czasie Boga, jakie On ma plany na najbliższy czas. I słuchaj – On naprawdę odpowiada.
  2. Otwórz się na niespodzianki, również te, które nie należą do naszych ulubionych, jak spóźniony autobus, korki na drodze czy inne niedogodności. W jaki sposób możesz szukać w nich Bożej obecności? I czy On w takich sytuacjach mówi do Ciebie w jakiś szczególny sposób?
  3. Połowa Polski, łącznie ze mną, przyłącza się do wyzwań z Ewą Chodakowską. Ja również mam dla Ciebie wyzwanie: 40 psalmów na 40 dni Wielkiego Postu. To dobry pomysł zwłaszcza na taki czas, w którym ciężko nam się modlić. W psalmach znajdziemy słowa odpowiednie na każdą okazję. Jeśli chcesz, zapisuj każdego dnia jedno zdanie z psalmu – takie, które najbardziej Cię poruszyło.
  4. Ręka w górę kto ma czas, by codziennie pójść do kościoła na chwilę adoracji Jezusa w Najświętszym Sakramencie?… No właśnie. Ja cieszę się, gdy zdarza się to raz na tydzień i choćbym stanęła na głowie, w Wielkim Poście się to nie zmieni. Mam jednak okazję do spotykania Jezusa w drugim człowieku. A gdyby tak każdą napotkaną osobę potraktować jako okazję do modlitwy? Choćby to były krótkie słowa – błogosław mu/jej Panie?
  5. Opowiedz komuś o Jezusie, niekoniecznie prowadząc akcję ewangelizacyjną w markecie czy autobusie. Rozejrzyj się dokoła – może to dobry czas, by porozmawiać o Bogu z dziećmi, mężem, przyjaciółką? Może wystarczą do tego jedynie proste słowa i chwila wspólnej modlitwy?

JAŁMUŻNA

  1. Mądrość ludowa głosi, że „z pustego nawet Salomon nie naleje”. Nie wiem, czy z miłością jest podobnie, ale przecież bliźniego kochamy jak siebie samego… To ćwiczenie może pozornie nie wiązać się z jałmużną, czyli dzieleniem się dobrem, a jednak w prosty sposób do niego prowadzi. Spróbuj każdego dnia znajdować w sobie jedną dobrą cechę. Czterdzieści zalet, mocnych stron, oznak Twojego potencjału – brzmi dobrze, prawda? Bardzo możliwe, że już po kilku dniach szukania w sobie tego, co dobre, postanowisz robić to samo w stosunku do osób, które spotykasz. A taka przemiana spojrzenia na innych – dostrzeganie tego, co pozytywne – to pierwszy krok w kierunku autentycznego dzielenia się miłością.
  2. Jałmużna to nie tylko przeznaczenie pieniędzy na dobry cel czy podzielenie się z kimś dobrami materialnymi. To również dobre słowo i wychodzenie z tego, co dla nas wygodne. Kolejna propozycja na Wielki Post – pomyśl o ludziach, których dawno nie widziałaś. Kup kilka najładniejszych kartek pocztowych, jakie zobaczysz i napisz kilka słów od serca – coś, co będzie mogło podnieść kogoś na duchu. W dobie maili i SMSów słowo pisane cieszy szczególnie mocno, a niespodziewana przesyłka od listonosza może być piękną niespodzianką.
  3. Zrób przegląd Twoich ubrań, bibelotów, książek. Jeśli nie założyłaś czegoś przez dwa lata, jest mała szansa, że kiedyś wykorzystasz to ubranie :) Poszukaj sklepu charytatywnego w swojej okolicy i zanieś tam to, czym możesz się podzielić (oczywiście chodzi o rzeczy dobrej jakości, czyste i zadbane :) ).

POST

  1. Zacznijmy od klasyki, czyli od… postu. Nie, nie nawołuję do porzucenia czekolady na czas Wielkiego Postu. Zachęcam jednak bardzo do rezygnacji z jednej konkretnej rzeczy i przeznaczenia tej sumy na równie konkretne potrzeby osób ubogich. Najprościej zrobić to sposobem „na skarbonkę”, czyli odkładać przez 40 dni drobne sumy, a potem z lekkim sercem i dużym uśmiechem obdarować kogoś, kto tego potrzebuje.
  2. Zrób listę swoich życiowych priorytetów. Jakie relacje są dla Ciebie najważniejsze? Jakie obowiązki zdarza Ci się zaniedbywać, jakie większe cele porzucasz, bo skupiasz się na drobnych przyjemnościach? Co będzie na pierwszym miejscu Twojej listy? Jaką pozycję zajmie na niej modlitwa, relacja z najbliższymi, praca/uczelnia? Zapisz to na kartce w postaci punktów. Każdy dzień zaczynaj z postanowieniem, by trzymać się tej listy, a wieczorem patrz, wspólnie z Jezusem, na ile Ci się to udawało. Niekiedy trzymanie się swoich priorytetów (np. spędzenie czasu z najblizszymi a nie na FB albo nauka zamiast imprezowania) będzie wymagało poświęceń, ale… to chyba właśnie post, prawda?
  3. Kupuj z głową, czyli zastanów się dwa razy, zanim wydasz pieniądze. Staraj się kupować to, czego naprawdę potrzebujesz i ogranicz chwilowe zachcianki.
  4. Powstrzymaj się od… scrollowania. Sama wiem, że to szybki i skuteczny sposób na nudę. Może jednak to dobry czas, żeby zgodzić się na odrobinę nudy? Wydaje nam się czasem, że beztroskie lenistwo przed komputerem czy telefonem to czas wolny – a co jeśli tak naprawdę to czas trzymania naszych myśli na smyczy? W dodatku bardzo krótkiej, bo ograniczonej przez to, co najbardziej krzykliwe i przyciągające uwagę…

Przed nami czterdzieści dni – każdy z nich jest osobną szansą, by nie tylko z czegoś zrezygnować, lecz również skupić się na czymś dobrym. Życzę i sobie, i Wam, by był to czas nie tyle wykonywania duchowych ćwiczeń w celu ogólnie pojętego samorozwoju, lecz przede wszystkim czas otwierania się na Miłość… :)

Projekt Zambia – pomożecie? :)

Na ekranie komputera albo telefonu wyświetlam codziennie spore ilości zdjęć, wiadomości i ogłoszeń. Łatwo w tym różnorodnym gąszczu przegapić to, co wartościowe. Dlatego dzisiaj chciałabym pomóc – zarówno Wam, w odnalezieniu tego, co godne uwagi, jak i uczestnikom wyjątkowego projektu, którego losy śledzę na Facebooku (klik!).  Można tam podglądać (i kibicować!) przygotowania grupy młodych ludzi do wyjazdu do Zambii. Można im również pomoc przez modlitwę i wsparcie finansowe. Chcecie poczytać więcej? :)

Projekt Zambia

Projekt Zambia

Gosiu, powiedz proszę kim jesteś, czym się zajmujesz, dlaczego Toruń i dlaczego DA u Jezuitów?

Nazywam się Gosia Wołowicz i jestem studentką filologii rosyjskiej. Pochodzę z Dolnego Śląska i myślę, że z woli Bożej znalazłam się w Toruniu idąc na mój pierwszy kierunek studiów – dziennikarstwo. Ogólnie moja przygoda w DA u oo. Jezuitów zaczęła się w momencie, w którym dowiedziałam się o wyjeździe do Zambii, więc stosunkowo dość krótko. A moim „rodzimym” duszpasterstwem jest Duszpasterstwo Akademickie WSKSiM prowadzone przez oo. Redemptorystów.

Dlaczego Zambia? Czy ciągnęło Cię wcześniej do Afryki? Czy ogólnie „na misje”?

Moja pierwsza myśl o tym, by pojechać na misje do Afryki pojawiła się jeszcze w czasach liceum. Co ciekawe, ta myśl przyszła „sama z siebie”. Nikt mnie nie zainspirował swoim świadectwem, czy też doświadczeniem misji. Gdzieś tam w mojej głowie pojawiały się myśli o misjach w Nigerii (o Zambii nawet wtedy nie słyszałam), jednakże starałam się je odpychać na drugi plan, bo zawsze były ważniejsze rzeczy. Do tego stopnia, że całkowicie przestałam myśleć o misjach.

Dopiero na studiach powróciło pragnienie misji. Jednak tym razem przyczynił się do tego Damian, mój kolega z roku, który zachęcał mnie do udziału w Projekcie Zambia. Opowiedział mi o swoim doświadczeniu i to jakoś na nowo rozbudziło moje pragnienie wyjazdu. Ale to i tak było widocznie za mało, ponieważ nie zdecydowałam się wziąć udziału w rekrutacji do drugiej edycji. Tak samo było z trzecią edycją. Odważyłam się pójść na rekrutację po trzech latach. I udało mi się dostać.

Czy odczytujesz to jako pewnego rodzaju swoje powołanie – zaproszenie od Pana Boga?

Szczerze mówiąc nie powiedziałabym, by misje były moim powołaniem, ale z pewnością jest to zaproszenie od Pana Boga do wejście w jeszcze głębszą relację z Nim. Często jest tak, że nagle w naszej głowie pojawiają się marzenia, którego źródła nie jesteśmy w stanie zidentyfikować. Czuję, że w liceum nie bez powodu przyszła mi myśl o Afryce, ale to było tak jakby preludium do tego, co w rzeczywistości przygotował dla mnie Pan Bóg. Wtedy nie sądziłam, że taki wyjazd dojdzie do skutku. Ba! Sama z siebie śmiałam się, zwłaszcza że w tamtym czasie różne szalone pomysły przychodziły mi do głowy. Jak się później okazało, wiele z nich zostało przekształconych przez Boga w taki sposób, by zbudować między nami silną więź. Stąd też moja pewność, co do tego, że z jednej strony jest to zaproszenie do pogłębienia naszej relacji, a z drugiej jest to odpowiedź na pragnienia mojego serca sprzed wielu lat.

Może podzieliłabyś się tym, co pomogło Ci odnaleźć zarówno taki pomysł, jak i „odwagę by się odważyć”?

Przez dwa lata powstrzymywałam się przed tym, by spróbować aplikować do Projektu. Kwestia kompleksów – nie dość, że byłam pewna, że się nie dostanę, to na dodatek nie miałam poczucia własnej wartości. Myślę, że gdybym od razu spróbowała, to nie dostałabym się i już więcej nie podjęłabym próby walki o uczestnictwo w Projekcie. Przypuszczam, że Pan Bóg nie chciał, bym wtedy próbowała. Zresztą, jak mogłabym komuś pomóc, skoro sama potrzebowałam pomocy?

Dopiero gdy udało mi się poukładać system własnych wartości, pokochać siebie, otworzyć się na innych zaczęły mnie nachodzić myśli o tym, by zostać rekrutem. Ale i wtedy opierałam się myśli o misjach. Pragnienie było tak wielkie, że wysłałam zgłoszenie parę minut przed zakończeniem rekrutacji. Później zaproszono mnie na rozmowę – było w porządku, choć po wyjściu byłam pewna, że się nie dostałam. Dlatego też zaskoczeniem była dla mnie informacja o tym, że zakwalifikowałam się do Projektu.

Projekt Zambia

Czy możesz powiedzieć coś więcej o całej Waszej grupie i przygotowaniach?

Nasza ekipa liczy dziewięć osób: dwóch kleryków – Szymona i Adriana oraz siedem osób świeckich: Agatę, Anię, Patrycję, Łukasza, Marka i Jakuba. No i mnie, rzecz jasna. Wszyscy jesteśmy w wieku studenckim, niektórzy z nas tylko studiują, inni pracują, a jeszcze inni łączą studia z pracą. Staramy się spotykać regularnie w piątki wieczorem z naszym kierownikiem duchowym, o. Michałem Kłosińskim SJ na spotkaniach formacyjnych. Za każdym razem rozpoczynamy medytacją ignacjańską. Następnie przechodzimy do rozmów o realizacji naszego Projektu. Dzielimy się różnymi pomysłami i wspólnie zastanawiamy się nad tym, jak je wdrożyć w życie. Nie jest to zawsze łatwe, ponieważ każdy z nas jest inny, nie zawsze mamy takie samo zdanie i też dopiero wszyscy się poznajemy (wcześniej się nie znaliśmy i praktycznie od zera musimy stworzyć naszą wspólnotę). Ale każdy z nas się bardzo cieszy na to spotkanie. Ja osobiście z utęsknieniem czekam na piątki.

Nasze plany na najbliższy czas to organizowanie kwest niedzielnych w różnych parafiach w Polsce, poza tym za ofiarę będziemy rozdawać rzeczy, które będziemy sami wykonywać (np. różańce, palmy na Niedzielę Palmową i inne) – wszystkie datki będą przekazywane na pomoc w Zambii.

No właśnie – Zambia. Co dokładnie tam będziecie robić? Na jak długo wyjeżdżacie? I w jaki sposób to doświadczenie może pomóc Wam po powrocie dalej działać w podobnym duchu – misyjnym, ewangelizacyjnym czy dotyczącym pomocy drugiemu?

Do Zambii jedziemy latem, na cały sierpień. Wszyscy będziemy pracować na farmie – głównie w polu oraz będziemy opiekować się dziećmi z lokalnego sierocińca. Pomoc innym ludziom zawsze sprawia mi radość. Myślę też, że Pan Bóg ma własny cel w tym, by wysłać nas do Zambii i „urobić” tam nasze serca według własnego planu. Gdzieś tam w głębi mnie marzy mi się, by zostać ewangelizatorką. Kto wie? Może to doświadczenie misji będzie w stanie je zrealizować?

Projekt Zambia

A czy w czasie przygotowań napotykacie na jakieś przeszkody? Czego się obawiacie? I czego Wam trzeba, czyli w jaki sposób można Wam pomóc?

Największym naszym problemem, z jakim cały czas się psychicznie zmierzamy to wiadomość o tym, że w Zambii panuje epidemia cholery. Tak naprawdę nie wiemy, co nas czeka po przyjeździe. Póki tutaj jesteśmy staramy się zebrać fundusze na sprzęt i produkty, które mogą się przydać na farmie, na produkty dla dzieci z sierocińca i na leki, które mogą pomóc w walce o życie osób dotkniętych chorobą. I nie mam tutaj tylko na myśli cholery, ale mnóstwo innych. Bardzo ważna dla nas jest modlitwa za mieszkańców i osoby posługujące w Zambii, jak i za nas – wolontariuszy i pomyślność naszej akcji. Czasami naprawdę przychodzą chwile zwątpienia, jednakże pokładamy ufność w Panu. Wierzymy w to, że znajdą się osoby, które zechcą nas wesprzeć modlitwą oraz pomóc, czy to w kwestii finansowej, czy poprzez chęć zorganizowania kwesty w swoim rodzinnym mieście. Modlimy się o każdą formę pomocy.

Dziękuję za rozmowę.

*******

Projekt Zambia

Projekt Zambia

Projekt Zambia

Projekt Zambia

 

 

 

prosta matematyka.

Siedem chlebów plus kilka rybek równa się siedem najedzonych osób – podpowiada rozsądek. Tymczasem Jezus proponuje inne równanie. Siedem plus kilka równa się cztery tysiące nakarmionych ludzi i siedem koszów odpadków. Prosta matematyka.

Gdy Bóg proponuje jakieś nowe zadanie i rzuca mnie na głęboką wodę, w pierwszym odruchu sięgam bo dmuchane kółko do pływania lub wygodny pontonik. Gdy to , ćwiczę z pełnym zaangażowaniem ruchy rąk i nóg, by utrzymać się na powierzchni i przemieszczać w określonym kierunku.

Tyle że to nie o to chodzi. Bo gdy Bóg rzuca nas na głęboką wodę, oczekuje innego podejścia nie tylko do matematyki, ale i do fizyki. On nie chce nauczyć mnie pływać. On chce, żebym chodziła po wodzie. Siedem plus kilka po jednej stronie równania ma dawać wielką niewiadomą po drugiej. Ilość zer, które On dopisze do wyniku tego działania nie musi mi się mieścić w głowie. Wystarczy, że pozwolę Mu działać.

Dla Jezusa początkiem działania jest pytanie, skierowane do uczniów: „Ile macie chlebów?” Apostołowie nie odpowiedzieli: „Za mało”. Nikt z nich nie zaczął marudzić, że marnują czas na bezsensowne rozmowy, zamiast działać. Nikt nie powiedział” Jezu, nie damy rady, odpuść, nie warto”. Odpowiedzieli po prostu: „Siedem”. W ten sposób, może nieświadomie, zrobili krok w kierunku myślenia w zupełnie innych kategoriach. Z ludzkiej matematyki przeszli do matematyki cudów, a jednocześnie konkretu.

Ewangelia (Mk 8, 1-10) podaje, że Jezus najpierw odmówił dziękczynienie, a potem błogosławieństwo. Pomyśl o tym i spróbuj usłyszeć, jak wypowiada Twoje imię. Nad Twoim „prawie nic”, nad Twoim „nie potrafię”, nad mizernie wyglądającym zapasem siedmiu chlebów On mówi pełne miłości: „Dziękuję za nią, Ojcze”. Potem z wiarą, której mi i Tobie może brakować, ale Jemu – nigdy, mówi: „Błogosławię Cię, Córko”. I żaden brak już się wtedy nie liczy. Żadna słabość nie ma nad Tobą władzy. Bo słabość jest po jednej stronie równania – po tej, na którą patrzymy tylko po ludzku. Po drugiej jest Jego dziękczynienie, błogosławieństwo i cud.

 

Sercem.

„Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu” – napisał Antoine de Saint-Exupéry – „Dobrze widzi się tylko sercem.”. I zgodziłabym się z nim, gdyby nie to, że w moim sercu na zmianę rozkwita maj i szaleje sztorm, pada orzeźwiający deszczyk i panuje skwar jak na pustyni. Moje serce czasem jest pochłonięte tylko tym, co się w nim dzieje i nie chce patrzeć na świat z innej perspektywy. Nie zawsze widzi jasno i dobrze. Nie zawsze też dostrzega dobro.

Dlatego mam lepszy pomysł – na siebie i moje patrzenie na świat oraz ludzi. Może nie do końca o to chodziło autorowi „Małego Księcia”, ale zgodzę się z nim, że dobrze widzi się tylko Sercem. Jednym Sercem. Sercem Jezusa.

Nie będę dziś pisać, co to oznacza dla mnie, nie będę się też silić na próby opisania mojego „wydaje mi się” rządkiem równych, pobożnych słów. Odpowiedź na to, w jaki sposób patrzeć na siebie i innych Sercem – Jego Sercem – zapisuje się w życiu każdego z nas inaczej. Do tego zapisywania rzadko potrzebne są słowa. Dużo częściej zdarzają się uśmiechy, łzy i obolałe od dźwigania potrzebnych i niepotrzebnych ciężarów barki.

Podzielę się jednak z Wami modlitwą, którą znalazłam dzisiaj u Sióstr Sacre Coeur – modlitwą która poruszyła mnie tak bardzo, że chciałabym nie tyle wpisać ją w swoją codzienność, co swoje życie wpisać w jej słowa:

 

Najświętsze Serce Jezusa daj mi
serce, którego usposobienia będą podobne do Twoich …
serce pokorne znające i kochające swoją małość,
serce łagodne, które opanowuje i ucisza swoje niepokoje,
serce kochające, które współczuje słabościom innych,
serce czyste, które odżegnuje się nawet cienia zła,
serce oderwane, które pragnie jedynie darów Nieba,
serce wolne od miłości własnej, ogarnięte miłością swego Boga, którym jedynie się zajmuje, który jest jedynym jego szczęściem i jedynym jego skarbem w czasie i w wieczności. Amen.

bez dachu nad głową.

„Jesteś Królem” – śpiewamy w jednej ze znanych piosenek. W wielu innych wyrażenie „Jezus jest Panem” odmieniamy przez wszystkie możliwe przypadki. Mamy też pewnie swoją wizję tego panowania, w której to Bóg, zaproszony przez nas do naszego życia, zajmuje w nim centralne miejsce.

I siedzi cicho.

No może z wyjątkiem tych momentów, w których potrzebujemy Jego pomocy. Wtedy rozpaczliwe: „Boże, dopomóż” ma otworzyć Mu drogę do działania.

***

Nie wiem, jak miała na imię osoba, która najpierw zaprosiła Jezusa do swojego domu, a potem z narastającym zdziwieniem lub przerażeniem obserwowała, jak kompletnie obcy ludzie rozbierają dach jej domu. Nie wiem, co wtedy myślała. „O Boże (nomen omen), to nie tak miało być!”? A może: „Jezu, czemu Ty nie reagujesz?”. Może w tamtym momencie obiecywała sobie, że już nigdy, nigdy więcej nie wpuści do swojego domu żadnego, nawet najbardziej znanego nauczyciela czy cudotwórcy?…

***

Lubię swój kubek z Bolesławca i bardzo ciepłe skarpetki. Lubię mieć w szafce zapas gorzkiej czekolady, a na łóżku swój ulubiony kocyk. Lubię też zapraszać do tego wszystkiego Pana Boga. Mówię: „To mój wygodny i pełen ciepła (dosłownie i w przenośni) świat, rozgość się.” I On przyjmuje zaproszenie. Traktuje je serio.

Może nie powinnam się dziwić, gdy przychodzą chwile, w których – jak mi się wydaje – mój bezpieczny świat trzęsie się w posadach? Z sufitu czy ścian odpadają tynki, a tam, gdzie był dach, moim oczom ukazuje się rozgwieżdżone niebo, światło słoneczne albo twarz kogoś, kto desperacko szuka pomocy?

Jezus działa chyba właśnie w ten sposób – traktuje nasze zaproszenia serio. Co więcej, poszerza i powiększa serce tych, którzy Go zapraszają. Otwiera okna, wpuszczając świeże powietrze. Otwiera drzwi, zapraszając ludzi głodnych miłości. A gdy to nie skutkuje, pozwala by czasem znad głowy zniknęło nam to, co daje poczucie bezpieczeństwa, bo pozwala się schować i zamknąć przed innymi.

Utrata dachu nad głową to poważna sprawa. Otwarcie swojego serca na oścież i na wszystkie możliwe sposoby to również nie lada wyzwanie. Tyle że to coś więcej niż życiowe przemeblowanie. To stworzenie przestrzeni do tego, by działy się cuda.

Chcesz zobaczyć, jak sparaliżowani stają na nogi, chorzy odzyskują zdrowie, a zrozpaczeni odnajdują sens życia? Nie porzucaj ulubionych ciepłych skarpetek i nie czuj wyrzutów sumienia dlatego, że czasem się boisz. Po prostu wpuść kogoś do swojego świata – przez drzwi, okno, a gdy trzeba, nawet przez dach. Podziel się Jezusem, którego znasz, Słowem które inspiruje i modlitwą, która zaspokaja głód lepiej niż najlepsze ciasto czekoladowe.

A jeśli ciasto czekoladowe to danie, które wychodzi Ci szczególnie dobrze, nie zamykaj go – ani niczego, co w Tobie niepowtarzalne i dobre – w czterech ścianach swojego lęku. Rozejrzyj się wkoło. Jezus jest – zaprosiłaś Go do siebie. To wystarczy. On wystarczy.

Przejdź do paska narzędzi