Kto nigdy nie był dzieckiem…

Dzień Matki. Tłumy w kwiaciarniach, wzruszające słowa i kolorowe dziecięce laurki. W tym dniu robię niekiedy cichy rachunek sumienia, porównując moje wizje macierzyństwa i rzeczywistość, patrząc na pragnienia i ich realizację. Bilans bywa różny, ale zawsze ratuje go to, co uzupełnia każdy brak i każdą słabość – miłość.

Jednak dzisiaj, w Dniu Matki, wcale nie chcę się skupiać na tym, w jaki sposób wypełniam moją życiową i społeczną rolę. Dzisiaj chcę wsłuchać się w Słowo, jakie daje mi Kościół na ten dzień. I po raz kolejny przekonuję się, że to Słowo jest żywe i skuteczne. Nie mogłam dziś usłyszeć lepszej wiadomości, niż ta: „Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nie przeszkadzajcie im; do takich bowiem należy królestwo Boże.”

Jezus, który błogosławi dzieci i bierze je w objęcia. Albo innymi słowami: Jezus, który przytula, patrzy z miłością i mówi o tym, że pragnie mojego dobra i szczęścia (bo tym przecież jest błogosławieństwo).  Ten obraz przypomina mi coś bardzo ważnego: nie mogę być mamą, jeśli nie czuję się jak córka. Charlie Chaplin powiedział, że kto nigdy nie był dzieckiem, ten nie potrafi być dorosły. I ma rację. Jeśli nie umiem poczuć się jak dziecko, jeśli niezależnie od roli życiowej, w którą wchodzę, muszę być zawsze nieomylna, świetnie sobie radząca i odnosząca sukcesy, nie będę szczęśliwa. Nie będę w stanie dać też szczęścia innym. Mogę co najwyżej próbować wtłoczyć ich w moją wizję życia, w której kontroluję wszystko i wszystkich, nieustannie czuwając nad tym, by wszystko toczyło się zgodnie z planem. A to przecież nie tylko niewykonalne. To coś niewyobrażalnie trudnego. To ciężar, który potrafi zabić piękno, radość i szczęście. Kula u nogi, która sprawia, że nie dosięgnę gwiazdki z nieba, nawet jeśli Bóg podstawiłby mi pod sam nos drabinę, która prowadzi prosto do niej. Prosto do spełnienia marzeń.

Dlatego dzisiaj, w Dniu Matki, ja – żona i mama – chcę spojrzeć na to, w jaki sposób mogę być dzieckiem i jak mogę odkrywać w mojej codzienności obecność kogoś, kto jest większy. Większy ode mnie, od moich najbardziej genialnych planów, ale też od moich słabości i niemocy.

Mam prawo nie umieć.

Szkoła mówiła mi coś innego. Do zaliczenia partii materiału, semestru czy roku potrzebne było opanowanie konkretnej wiedzy i umiejętności. W dodatku najlepiej nie na tróję z dwoma minusami tylko na piątkę, albo przynajmniej tak, żeby nie wypaść najgorzej na tle klasy. Szkolne sprawdziany nie były zresztą jedynymi egzaminami, które przyszło mi zdawać. Dużo bardziej wymagające są te, do których podchodzę każdego dnia, próbując jak najlepiej odnaleźć się w roli kobiety dorosłej i odpowiedzialnej, katoliczki, żony, mamy. Bycie mamą oznacza też, że wiele rzeczy muszę wiedzieć – nie tylko to, w jaki sposób zareagować na gorączkę u dziecka, ale również to, w jaki sposób oddychają wieloryby, gdzie kończy się tęcza i w  jaki sposób wyczarować o 21:00 w domu zestaw guziczków i cekinów, które dziecko ma przynieść na następny dzień do szkoły.

To zupełnie normalne i tak powinno być – mam swoje obowiązki, odpowiedzialności i zadania, których wykonanie zależy tylko ode mnie. Niestety zdarza się, że w ten sposób myślę nie tylko o tym, co wpisane jest w moją rolę żony i mamy. Zdarza się, że całe swoje życie traktuję w ten sposób: że muszę wszystkiemu zaradzić, wszystko potrafić i znać odpowiedź na każde pytanie. Jezus mówi mi dzisiaj coś zupełnie innego: nie musisz. Masz prawo nie wiedzieć, nie potrafić i nie radzić sobie z tym, co Cię przerasta. A skoro On sam mówi o sobie, że jest Nauczycielem, to znaczy że mogę uczyć się od Niego. Chwile, w których to odkrywam i w których jak dziecko poznaję to, co nowe, pytam, odkrywam i testuję, są cudowne. Wtedy faktycznie czuję, że nie muszę być wszechwiedząca, że mam prawo zadawać pytania i nie radzić sobie z tym, co dla mnie za trudne. To chwile, które zdejmują z moich pleców ogromny ciężar…

To, co mówię, jest ważne

Kto chociaż raz miał kontakt z dociekliwym czterolatkiem, ten wie, ile pytań potrafi zadać. W relacji z dzieckiem naturalne jest też to, że chce ono pochwalić się swoimi odkryciami i sukcesami. „Maaaamoooo” – woła więc dziecko, pokazując z dumą ślimaka, dla którego trzeba poszukać sera na pierogi, kolekcję kamieni znalezionych na plaży, krzywo wycięte serduszko albo wieżę z klocków lego. A mama patrzy z dumą i wysłuchuje – po raz pierwszy, dziesiąty i setny.

Ile razy ja sama czułam, że potrzebuję być wysłuchana? Ilu spraw nie chciałam dzielić z Bogiem, bo uważałam, że są dla Niego nieważne, mało interesujące lub niewystarczająco pobożne? On pokazuje mi dzisiaj, że chce dzielić moje smutki i radości, że ma nieskończoną cierpliwość i sto procent zainteresowania dla wszystkich spraw, które mam w sercu. Chce, żebym do Niego mówiła i chce mnie słuchać. A jeśli trudno mi w to uwierzyć, mogę przypomnieć sobie chwile, w których moje dziecko z przejęciem opowiadało o sprawach, które świat uznaje za drobiazgi. Jak wtedy na nie patrzyłam? Z jaką uwagą słuchałam? I o ile lepszy w słuchaniu i patrzeniu z miłością jest najlepszy Ojciec?

Nie jestem zbawicielem świata.

W torebce noszę zawsze chusteczki higieniczne, plastry i butelkę wody – na wszelki wypadek. W sercu z kolei noszę nieskończoną liczbę scenariuszy, jakie mogą się rozegrać w życiu. Staram się zawczasu przewidywać to, co muszę zrobić: usuwać dzieciom przeszkody spod nóg lub decydować, że dla ich dobra powinni sami się z nimi mierzyć. Pomagać, wspierać, zapobiegać i dbać o ich dobro, jak tylko umiem. Problem w tym, że nie zawsze umiem. Nie mam wpływu ani na to, co zewnętrzne, ani na swój poziom zmęczenia czy rozdrażnienia. Nie umiem przewidzieć wszystkiego, nie jestem też chodzącym ideałem, zawsze wspierającym, czułym i dyspozycyjnym.

Jestem tylko człowiekiem. Nie muszę dźwigać na swoich barkach ciężaru zbawienia całego świata. Spokojnie mogę zostawić to Komuś, kto już to zrobił, w dodatku w sposób najlepszy z możliwych. Do tego czuję się dzisiaj zaproszona – do uznania, że są sprawy, które mnie przerastają. I do dostrzeżenia, że to nie oznacza końca świata, a jedynie możliwość oddania ich w zdecydowanie lepsze Ręce. Wraz z tym, co mi ciąży, mogę też w nich złożyć samą siebie – to co mnie boli, w czym niedomagam i czego nie rozumiem. Mogę pozwolić, by te dłonie objęły mnie z czułością, której potrzebuje każde dziecko – również to, które jest we mnie. Pozwolę dzisiaj temu dziecku przyjść do Niego. Nie będę w tym przeszkadzać. To najlepszy prezent, jaki mogę dziś sobie dać.

Prawdziwa Księżniczka

Rzadko oglądam telewizję, ale wczoraj po pracy padłam bez sił na kanapie, przerzucając od niechcenia kolejne kanały w kablówce. Po pewnym czasie zwróciłam uwagę na to, wśród czego mogłam wybierać- mogłam obejrzeć dokument o historii miłości księcia Harry’ego i Meghan Markle,  o tym, że zwyciężyła ona konwenanse, albo po prostu o samym królewskim ślubie. Gdyby te propozycje nie przypadły mi do gustu, mogłam również wziąć udział w dziewięćdziesiątych urodzinach królowej Elżbiety – oczywiście tylko i wyłącznie dzięki relacji telewizyjnej, ale dobre i to.

Królewski ślub rozpala wyobraźnię i sprawia, że na trasie przejazdu młodej pary ustawią się tłumy. Słyszałam dzisiaj relację pewnej Amerykanki, która odbyła daleką podróż tylko po to, by zobaczyć, jak spełnia się marzenie – bo przecież każda mała dziewczynka marzy, by zostać księżniczką. I jednej na milion się to udaje, tak jak Meghan Markle.

Jednej na milion? – pomyślałam. Smutne takie marzenia. Nie myślałam o tym nigdy wcześniej, mimo że jak każda dziewczynka, marzyłam kiedyś o balowej sukni, srebrnych pantofelkach i księciu z bajki. Nie wiedziałam też wtedy, że piękne suknie bywają nieziemsko niewygodne i ze od szpilek zdecydowanie wolę trampki. Albo  że trampki nie przeszkadzają ani w tym, by pójść na bal, ani by widzieć w sobie prawdziwą księżniczkę. To nie buty, suknia czy książę przy boku sprawiają, że rozkwitam i błyszczę. To nie to.

W dniu, w którym cały świat z entuzjazmem i zaciekawieniem będzie spoglądał na królewską młodą parę, Kościół (i ja wraz z nim) będzie patrzeć też w innym kierunku. W Niebo. W oczekiwaniu na Moc z wysoka, na Tego, który przychodzi w lekkim powiewie, cicho i delikatnie, a jednocześnie z siłą, której nie można się oprzeć. To Jego obecność sprawia, że w moim spojrzeniu jest radość i zapał. To dzięki Niemu rozkwitam, czyli staję się bardziej sobą, nawet jeśli wciąż daleko mi do ideału.

Jest taki fragment w Pieśni nad pieśniami, który ostatnio jest mi szczególnie bliski. „Ogrodem zamkniętym jesteś” – mówi Oblubieniec (Pnp 4,12), a potem opowiada o wonnych kwiatach henny i soczystych owocach granatu, o zdroju wód żywych i słodkim zapachu cynamonu. To bogactwo, które jest w każdej z nas. Bogactwo na co dzień czasem zakurzone, zapomniane albo przytłoczone przez troski, które upieramy się dźwigać o własnych siłach, nie pozwalając sobie pomóc. I pewnie każda z nas czuje się czasem tak, jak ja, gdy zamiast patrzeć w górę, skupiam wzrok tylko i wyłącznie na sobie. Wtedy  patrzę w lustro, na bałagan w szafie, na listę zaległości i aktualne zestawienie porażek, sukcesów i jeszcze kilku porażek. I czuję się nie jak księżniczka, ale jak gorsza siostra Kopciuszka. Ta, której nie szuka żaden książę z pantofelkiem w dłoni. I ta, która nie miałaby szans zmieścić stopy w ten pantofelek, tak samo jak nie mieści się w schemacie idealnej kobiety, żony i mamy…

„Ogrodem zamkniętym jesteś” – przypomina mi wtedy Pan. Masz w sobie piękno, które już istnieje, którego nie musisz sama w sobie stwarzać. Piękno któremu potrzebna jest przestrzeń ciszy i o które chce zadbać Ten, który je w Tobie złożył. Gdy Mu się na to pozwala, gdy wraca się do Źródła i czerpie z Niego życie, można odkrywać to, czym zaskoczyła kiedyś swoje współsiostry święta Faustyna. Kiedy niektóre z nich, próbując jej dokuczyć, nazywały ją świętoszką czy królewną, ona odpowiedziała: „Owszem, jestem królewną, bo płynie we mnie królewska krew Chrystusa.”

Może o to właśnie – o świadomość tego, kim jest On i kim my jesteśmy dzięki Niemu – warto prosić w wigilię Zesłania Ducha Świętego? :)

wiecznie za mało?

Ten wpis mógłby dotyczyć wielu spraw. Mogłabym na przykład napisać o tym, ze mam naturę chomika i wiele rzeczy chowam na wszelki wypadek, bo mogą się jeszcze przydać. Może to właśnie dlatego na naszym poddaszu zalegają kartony z ubraniami, do których kiedyś znowu schudnę albo z dziecięcymi zabawkami. Mogłabym też napisać o tym, że czasem jednak zbieram się w sobie i z miną bohatera rozpoczynam wielkie porządki, segregując, oceniając, wyrzucając lub… znowu odkładając. W ten sposób właśnie natknęłam się ostatnio na piękne, czerwone spodnie, które nosiłam w klasie maturalnej. Przy tej okazji mogłabym wspomnieć, że kupiłam je na wagarach, na które wybrałam się w któryś sobotni poranek zamiast grzecznie wkuwać słówka na kursie przygotowującym do egzaminów wstępnych na studia językowe (tak! kiedyś były egzaminy na studia :) i tak, miałam właśnie taki pomysł na życie – zasilić szeregi studentów wydziału filologicznego). Napiszę jednak o czymś innym. Napiszę o wspomnieniach, które dogoniły mnie, gdy otworzyłam zakurzone pudło z ciuchami sprzed lat. I o spodniach, bo one naprawdę są ważne! :)

Tamte były w rozmiarze 34, czyli takim, jaki faktycznie nosiłam w tamtych czasach. Teraz kupuję ubrania o 2-3 rozmiary większe, próżno też szukać w mojej garderobie jaskrawo kolorowych spodni czy (aż tak!) krótkich spódniczek. A jednak chodzącą do liceum w małym miasteczku dziewczynę sprzed 16 lat łączy ze mną jedna ważna rzecz i to właśnie uderzyło mnie, gdy zaczęłam wspominać tamte czasy. Pamiętam, że wtedy równie krytycznym okiem patrzyłam na siebie w lustrze. Tu miałam za dużo, tam za mało, nogi zawsze za krótkie, brzuch za duży. Upłynęły lata, zdążyłam złapać kilka nadprogramowych kilogramów, a moje spojrzenie na siebie pozostało niezmienne. Łudzę się czasem, że gdy dojdę do idealnej wagi, będę w końcu zadowolona, ale czy na pewno? Skoro nawet gdy mieściłam się w ciuchy jak dla lalki Barbie, wciąż chciałam coś w sobie poprawiać?…

Wracam do tych wspomnień w ostatnich dniach, zastanawiając się, czy jestem w tym odosobniona i skąd się to we mnie wzięło. Im dłużej myślę, tym wyraźniej widzę, że to moje wieczne niezadowolenie z siebie jest na pewnym osobom na rękę. Korzystają na tym firmy kosmetyczne, producenci suplementów i wszyscy, którzy za konkretną sumę zainwestowaną w konkretny produkt, obiecują nie tylko efekt w postaci wyglądu, ale też zmiany samopoczucia. „Jesteś tego warta” – przekonują – „tylko spróbuj, przekonaj się, kup…”. Nie jest to zresztą mój wniosek i moja myśl – wydaje mi się, że po raz pierwszy przeczytałam o tym w książce „Jesteś piękna” Anny Lasoń-Zygadlewicz (a piszę, że mi się wydaje, bo wiele książek wypuszczam w świat na wieczne nieoddanie i nie mogę tego teraz sprawdzić – za to książkę bardzo polecam!)

Doszłam ostatnio do wniosku, że czasem mamy za dużo. Mamy za dużo w kosmetyczce, szafie, szafce z butami i na liście mądrych książek do przeczytania. Mamy za dużo, bo wciąż wydaje nam się, że mamy za mało: wdzięku, urody, elokwencji, uroku. I mamy złudną nadzieję, że od lepszego samopoczucia (i innego patrzenia na siebie) dzieli nas tylko jeszcze jedne zakup obłędnych szpilek, sukienki tuszującej niedoskonałości figury czy super mascary. Albo wycieczka-ucieczka do dalekich krajów  czy skok na bungee. Czy na pewno?…

Daleka jestem od nawoływania do tego, żeby wyrzucić kosmetyki, ubierać się tylko li i wyłącznie w dresy (chociaż byłoby wygodnie, nie? i nie trzeba by wciągać brzucha ;) ) i nie dbać o dietę. To wszystko można i trzeba robić. To wszystko jest fajne i daje dużo radości, ale tylko pod jednym warunkiem: gdy ćwiczę nie po to, by osiągnąć idealną sylwetkę, ale by dobrze czuć się w swoim ciele. Gdy ubieram się boooooosko nie po to, by inni pozielenieli z zazdrości, ale z radości, że booooooskim dzieckiem będąc, mogę bawić się modą i ubierać tak, by to odzwierciedlało mnie samą. Gdy nie jestem więźniem standardów, których sama nie ustalam i do których wiecznie nie dorastam.

Recepta? Zapytaj siebie dzisiaj, co przeszkadza Ci cieszyć się sobą, taką jaka jesteś. Za duży nos? Za mały biust? Zbyt dużo w biodrach? A może nie taki kierunek studiów? Zbyt mało ambitnych książek przeczytanych w ambitnym towarzystwie? Nieodpowiedni wciąż stan cywilny? Albo zbyt nudne plany na przyszłość?

A gdy już zerkniesz na taką listę, gdy zobaczysz, jak wiele Ci brakuje, pomyśl przez chwilę, kto ustalił te warunki? Kto wtłoczył Cię w świat ograniczony przez powinności, dorastanie do ideałów i wieczne wybieganie w przyszłość, do momentu gdy już uda Ci się spełnić wszystkie konieczne warunki do bycia zadowoloną z siebie? To Ty ustaliłaś te reguły? Czy w jakiś dziwny, nieokreślony sposób przejęłaś je jako swoje? I czy naprawdę chcesz, by były TWOJE?

Nic nie stoi na przeszkodzie by dzisiaj, w ten piękny, rozkwitający majem i pełny słońca dzień przepisać tę listę na nowo. Tak żeby przestała być ciężarem, by przestała straszyć i popędzać, ale by stała się pomocą. Po swojemu.

 

Niczego nie musisz udowadniać.

Tydzień temu wróciłam z rekolekcji ignacjańskich. To był wyjątkowy czas, spędzony ze Słowem Bożym w całkowitym milczeniu. Na początku zawsze cisza wydaje się nieco nienaturalna. Potem stopniowo ona sama zajmuje coraz mniej mojej uwagi. Staje się tłem, przestrzenią spotkania – nie tylko z Bogiem, ale też z samą sobą.

Tuż po moim powrocie dotarła do mnie książka Jennie Allen „Niczego nie musisz udowadniać”. Do bardzo podobnych wniosków doprowadziło mnie pięć dni spędzonych wcześniej w ciszy, dni wypełnionych niespiesznymi spacerami, wpatrywaniem się w morze, smakowaniem słów Pisma Świętego i modlitwą, która była naturalna jak oddychanie. W tym czasie wracałam do przeszłości i wybiegałam w przyszłość, uśmiechałam się do swoich myśli, ale też wypłakałam morze łez. Dzięki temu w pewnym momencie mogłam stanąć twardo na ziemi, w moim „tu i teraz”, a jednocześnie mieć poczucie, że sercem jestem trochę w Niebie. I że nie jestem tu, na ziemi, przypadkowo, a więc mam prawo być, żyć, czuć i kochać tak jak umiem. Taką stworzył mnie Bóg, taką właśnie zapragnął mnie mieć.

Jennie Allen pisze w swojej książce o czymś, co jest zapewne bliskie wielu z nas. „Próbujesz sprostać oczekiwaniom za wszelką cenę? Wydaje ci się, że zawsze musisz być szczupła, pełna energii, idealna? Odczuwasz niepokój za każdym razem próbujesz odpocząć?” Ja na wszystkie te pytania odpowiadam twierdząco. Dlatego postanowiłam zobaczyć, jakimi wnioskami chce podzielić się ze mną znana w USA żona pastora, mama czwórki dzieci i założycielka organizacji religijnej wspierającej kobiety w ich podążaniu za Bożymi zaproszeniami.

Już pierwsze rozdziały przyniosły miłą niespodziankę. Miałam w ręku książkę napisaną przez osobę innego wyzwania,  wychowaną w innym kraju i żyjącą w innym środowiska. A jednak nasze doświadczenia były bardzo podobne! Jennie pewnie nie uczestniczyła w rekolekcjach ignacjańskich, a jednak nie kryje, że największe odkrycia dotyczące jej kobiecego serca, jej lęków, zranień i sposobów ich uleczenia, przyniosła właśnie cisza i pozwalanie, by Bóg mówił do niech przez swoje Słowo. Cisza i Słowo Boże. Wsłuchiwanie się w Jego głos i odkrywanie w tym, co mówi, prawdziwej Dobrej Nowiny. To genialne w swej prostocie i dostępne dla każdego. Jennie proponuje czytelnikom tę samą drogę, prowadząc nas przez wybrane rozdziały Ewangelii według św. Jana. I chociaż dobrze znam te historie, czułam że aż przechodzą mnie ciarki (dosłownie!) gdy czytałam historię Samarytanki opowiedzianą jej słowami…

Jennie dzieli się też zarówno swoimi doświadczeniami i historią życia, jak również szczerymi przemyśleniami. Fajnie jest czytać książkę i myśleć: „ja też tak mam!”. Jednym z fragmentów, który najbardziej mnie poruszył, jest ten – może dlatego, ze sama czasem spotykam się z pozornie życzliwymi pytaniami o to, dlaczego mam „tylko” dwójkę dzieci albo dlaczego oglądam TVN ;) :

„W naszej kulturze małżeństwo i rodzina stały się bożkami, zwłaszcza w Kościele. Najwyraźniej aby udowodnić, że jesteś oddaną naśladowczynią Jezusa, potrzebujesz stabilnej pracy w odpowiednim sektorze, musisz głosować na właściwą partię polityczną, mieś stosownych przyjaciół i przyzwoite konto oszczędnościowe. (…)

Naśladowanie Jezusa…

nie oznacza, że masz przepisowe dwa i pół zdrowego dziecka.

nie oznacza, że nie będziesz żyć od wypłaty do wypłaty.

nie oznacza, że dostaniesz wymarzoną pracę.

nie oznacza, że spotkasz księcia z bajki.

Oznacza jednak, a jest to nawet obietnica, że będziesz spełniona. Jezus obiecuje całkowite spełnienie. Tylko że ono nie pochodzi z rzeczy, które ceni ten świat.”

Napisałabym, że dobrą książkę poznaje się nie tylko po tym, że lekko się ją czyta, lecz również po tym, że po jej lekturze czuje się w sercu pokój. Napisałabym to, ale święty Ignacy wyprzedził mnie o kilkaset lat, bo sam kiedyś doszedł do podobnych wniosków. Jeśli chcielibyście spróbować, książkę dostaniecie m.in. na stronie Wydawnictwa WAM, a na rekolekcje ignacjańskie (rozpoczynające się od Fundamentu) możecie wybrać się na przykład do ICFD w Gdyni lub w inne piękne miejsca. Lokalizacja nie jest najważniejsza, bo chodzi przecież przede wszystkim o to, podróż do swojego serca…

Znam Cię.

„Ojej, przepraszam za bałagan” – słyszą czasem znajomi, wpadający do mnie znienacka. Przyjaciele słyszą to dużo rzadziej albo wcale. Gdy moja najlepsza przyjaciółka odwiedziła mnie krótko po przeprowadzce, powiedziałam jej tylko: „Uważaj, żebyś się o coś nie potknęła”, a potem usiadłyśmy z herbatą na jedynej wolnej przestrzeni wśród kartonów, porozrzucanych ciuchów i papierów. Nic nam nie przeszkadzało, a ja wiedziałam, że nie muszę się tłumaczyć.

„Moje owce słuchają mego głosu, a Ja znam je” (J 10,27) – czytam dzisiaj i zastanawiam się, dlaczego tak często mi to umyka. Jezus mnie zna. Lepiej niż ja sama wie, jak wygląda mój największy bałagan i czemu nie mogę sobie z nim poradzić. Zna mnie – i właśnie dlatego mogę bez obawy słuchać Jego głosu. To ja, patrząc w lustro, myślę często: „Weź się w końcu ogarnij” a potem próbuję i Jego, i cały świat przepraszać za wszystkie moje nie-porządki i nie-poradności. A On? Może po prostu chciałby napić się z mną herbaty w samym środku mojego bałaganu?…

„Moje owce słuchają mojego głosu…idą za mną…daję im życie wieczne”. Jak to się dzieje, że często te i podobne słowa czytam w zupełnie inny sposób? Słyszę raczej: „Słuchaj, bo powinnaś słuchać pasterza. Słuchaj, wypełniaj przykazań, stosuj się do norm i zaleceń, bo stawką jest życie wieczne.” I nie neguję potrzeby wypełniania przykazań i podejmowania konkretnych wysiłków na drodze wiary. Chodzi o coś innego. Ja nie czytam wtedy słów Dobrej Nowiny. Czytam swoją listę wymagań, którą od lat powtarzam na różne sposoby i według której nauczyłam się myśleć. Patrzę na swój bałagan i zaczynam panikować. I czuję się nie jak owca, ale coraz bardziej jak… baran.

„Znam Cię” – mówi Jezus. I nie ma w Jego głosie nagany. Nie ma znaczącego uniesienia brwi, po którym wiesz, że ktoś zna Twój wstydliwy sekret i nie zawaha się go użyć przeciwko Tobie. „Znam Cię” – mówi Jezus i dodaje – „nikt nie wyrwie cię z mojej ręki”. Żaden życiowy bałagan, tornado codziennych emocji i najgłupszy nawet pomysł na rozwiązanie własnych spraw nierozwiązanych. Nie zgubisz się. Nie będziesz jak Kevin sam w domu czy jak entliczek-pętliczek-na-Ciebie-bęc-nieszczęście. Nie zginiesz na wieki. I to nie dlatego, że tak idealnie posprzątasz w swoim życiu, ale dlatego, że jest Ktoś większy od Ciebie. Jest Pasterz, który swoje życie oddaje za Ciebie, byś miała je w obfitości. Jest Zbawiciel. Zna Cię. I lubi bardzo.

I to jest właśnie Dobra Nowina. Na dziś, na zawsze, na wieczność.

 

 

cicha i piękna jak wiosna, czyli o Maryi osobiście.

To moje pierwsze wspomnienie z Nią związane. Koniec lat osiemdziesiątych, religia w przykościelnych salkach, ksiądz z gitarą i dziecięce głosy, śpiewające: „Maaaaatka, która wszystko rozumie…”.

Szybko wyrosłam z plisowanych spódniczek i podkolanówek, które nosiłam w tamtym czasie. Dwa kucyki zamieniłam na bardziej dorosłe fryzury, stopniowo okazało się, że inaczej patrzę na siebie, świat i życie. Odeszło sporo przyzwyczajeń, runęło kilka mitów, nawet tak banalnych ja ten o wiośnie. Bo wiosna, przynajmniej tu, na północy kraju, nie zawsze jest „cicha i piękna”. Kwiecień- plecień przeplata jak w życiu: to co miłe i to, co trudne. Obraz Matki, która „daje ciepło, co życie ozłoci” odłożyłam do szuflady razem z dziecięcymi laurkami i niespełnionymi marzeniami. Pozostał tam na długo.

Przez wiele lat miałam trudność z tą relacją. Z jednej strony, słysząc Maryjne świadectwa i widząc zaangażowanie niektórych osób wierzących, czułam się katoliczką drugiej kategorii. Chociaż zawsze lubiłam różaniec (nie wiem dlaczego), nie czułam potrzeby, by zwracać się do Maryi. Sporym utrudnieniem były dla mnie wątpliwości, które zostały we mnie od czasu moich poszukiwań dotyczących wiary, kiedy szukałam swojego miejsca w kościołach protestanckich. Ale to nie była jedyna moja trudność. Równie dużym problemem było dla mnie to, z czym spotykałam się w Kościele Katolickim. Różaniec odmawiany na czas, tak żeby z „Ojcze nasz” wyrobić się w kilka sekund. Towarzyszący każdej litanii pomruk: „mutsiezanami…mutsiezanami….mutsiezanami”. Potworki sztuki sakralnej, z brokatem, różem, lilijami i sztucznym uśmiechem. I pobożna przesada, która sprawiała, że wycofywałam się o kilka kroków, gdy słyszałam słowo „Mateńka” i „przez Maryję do Jezusa”.

A ja tymczasem przeszłam drogę odwrotną – to Jezus zaprowadził mnie do Maryi. To On mi Ją podarował w pewnym sensie. Jako klasyczny, ale przy tym uczciwy uparniuch, nie zmuszałam się do udawania zaangażowania czy przełamywania się na siłę. Czekałam. Pierwszy przełom nastąpił kilka lat temu. To wtedy z ogromną jasnością zobaczyłam, że Maryja jest…Matką Jezusa, czyli „Matką mojego Pana”. Niezły refleks, prawda? Święta Elżbieta powiedziała to dwa tysiące lat przede mną, a jednak te wielokrotnie czytane słowa nie zwracały wcześniej mojej uwagi. Pewnego dnia po prostu się nimi zachwyciłam. Wtedy już nie tylko słyszałam, wiedziałam od innych, ale sama to czułam – Ona jest Matką Jezusa, czyli kogoś, kogo podziwiam i kocham. Wow!

Na kolejny krok musiałam długo czekać. Znowu pomogło mi w tym Pismo Święte. W Wielki Piątek usłyszałam znowu bardzo dobrze znane słowa: „Oto Matka Twoja”. Musiałam chwilę pomyśleć, ale nie, nie przesłyszałam się. Jezus nie mówił: „oto Matka moja”, tylko TWOJA. To nie „wymysł Kościoła”, to nie jakieś ludzkie ustalenia, to sam Jezus daje mi Maryję jako Matkę. A jeśli ktoś powie, że nieprawda, bo mówił do świętego Jana a nie do mnie, Majki M., to ja zapytam, czy w takim razie naprawdę Słowo Boże jest żywe i skuteczne. Skoro mogę do siebie odnieść słowa, które Jezus powiedział do Zacheusza, do cierpiącej na krwotok niewiasty czy do Piotra, w momencie jego powołania, to dlaczego nie miałabym uznać, że również w tym przypadku Jezus chce coś powiedzieć właśnie mi?

Niesamowite w tym fragmencie jest to, że Jezus zwraca się najpierw do Maryi. „Oto syn Twój” – mówi. I „oto córka” – jak wierzę. Maryja stała się moją Matką dużo szybciej, nim ja zdecydowałam się na bycie Jej córką. I muszę przyznać, że to świadczy o sporej cierpliwości … :)

W moim oswajaniu się z relacją z Maryją bardzo pomogła mi pewna modlitwa, którą znalazłam na stronie Sióstr Sacre Coeur. „O Maryjo, okaż mi się Matką” – tak zaczyna się prośba, skierowana nie do kogoś, kto jest oderwany od rzeczywistości, cukierkowy i nierealny, jak mi się to wcześniej wydawało. Ta prośba skierowana jest do Kobiety, która wie, co dobre. I która zna Jezusa najlepiej, więc może nas uczyć, jak być blisko Niego. Jeśli chcesz, weź ze sobą te słowa: na teraz, na Twoje radości, na to, co Ci ciąży albo co jest tak trudne, że nawet nie potrafisz tego wypowiedzieć. Znajdź w tych słowach to, czego najbardziej Ci potrzeba.

Ja znalazłam w nich pokój.

…BĄDŹ MATKĄ KAŻDEGO MOJEGO KROKU:
naucz mnie chodzić w miłości, być wszędzie z Bogiem.
BĄDŹ MATKĄ WSZYSTKICH MOICH CZYNÓW I KONTAKTÓW Z LUDŹMI:
Matką moich słów, chwil odpoczynku, wszystkich spotkań z ludźmi,
strzeż we mnie swobodnego przejścia Miłości.
BĄDŹ MATKĄ MOJEJ PRACY:
delikatnej wierności, wielkodusznej odwagi, codziennego obowiązku.
BĄDŹ MATKĄ ŻYCIA JEZUSA WE MNIE:
Jego obecności w moim sercu…

prosta zwyczajność.

Gdyby ktoś zobaczył nas dzisiaj w kościele, mógłby pomyśleć, że to jakieś nieporozumienie: ludzie, którzy co chwilę powtarzają jedno zdanie: „miej miłosierdzie dla nas i całego świata”. Odtwórcze, nudne, bezsensowne zajęcie?…

Tłumy są przyciągane przez wydarzenia bardziej atrakcyjne. Znany kaznodzieja, który skutecznie modli się o uzdrowienia, koncert uwielbienia organizowany przez grupę, której piosenki śpiewane są na całym świecie (choć ja wciąż nie rozumiem tekstów typu: „stoję dziś, moje serce, ręce tak wyciągam” ;) ). Wielka akcja modlitewna ogarniająca cały naród, równie wielkie deklaracje i pospolite ruszenia. Iskierki, które rozpalają się na chwilę, bardzo efektownie, ale… na chwilę. Porywy serca, za którymi tęskni się w codzienności, szarej i powtarzalnej. Wydarzenia potrzebne, ale niewystarczające, jeśli są jednym elementem, na którym buduje się wiarę.

A jeśli właśnie w tym – w prostocie i powtarzalności – kryje się przepis na coś więcej niż tylko chwilowe rozpalenie serca? Jeśli naprawdę mamy szansę nie tylko na to, żeby co jakiś czas „doładować akumulatory”, a potem zużywać nagromadzone zapasy, lecz mieć w sobie prawdziwy ŻAR i ŻARliwość, od której zapalają się inni? I robi się cieplej, jaśniej, radośniej – nie na chwilkę, na stadionie narodowym w czasie modnego eventu, ale w domu, pracy, szkole czy autobusie?

Uwielbiam to w moim byciu katoliczką. Uwielbiam to, że katolicyzm daje mi szansę na prostotę. Nie muszę czuć się zobowiązana do bycia zawsze na duchowych wyżynach, z łapkami wysoko w górze, wykrzykująca hasła uwielbienia. Nie muszę robić wielkich rzeczy. Nie muszę wykrzesywać z siebie kwiecistych przemów i długich modlitw pełnych podniosłych słów, choć cieszę się, że i to czasem się udaję. Mogę być jednak również zwyczajna. Mogę każdy prosty dzień przeżywać w prosty sposób, ze słowami, w których pozornie nie ma nic nadzwyczajnego. Mogę spędzić kilka minut, szepcząc wciąż: „Ojcze Przedwieczny, ofiaruję Ci Ciało i Krew, Duszę i Bóstwo najmilszego Syna Twego…”, a w oczach postronnego obserwatora wyglądać nawet jak przyszła właścicielka moherowego berecika.

Mogę wypowiadać proste słowa i pozwalać się im przemieniać. Nie szukać niezwykłości, ale smakować to co, zwyczajne i odkrywać w tym głębię. Mogę nawet nie wiedzieć, dlaczego to działa i w jaki sposób – ale działa. Przemienia. Daje pokój serca. I nie pytajcie mnie dlaczego – nie wiem. Pytajcie Jego. On odpowie, a jeśli trzeba, pozwoli nawet dotknąć Swoich ran, byśmy mogli uwierzyć.

Kobiety na traktory, czyli jak być żoną i pozostać kobietą.

Gdy na dziewczynę zawołają: żono!
Już ją żywcem pogrzebano!
Wyrzeka się przyjaciół, ojca, matki, brata,
Nawet… słowem, całego wyrzeka się świata.

(Adam Mickiewicz, Dziady)

Chciałam zaprosić Was dzisiaj do wspólnej refleksji na temat tego, co oznacza wejście w życiową rolę żony (i matki) i w jaki sposób wpływa to na naszą kobiecość. Wyjście za mąż to przełomowe wydarzenie, które na wpływ zarówno na to, w jaki sposób my definiujemy i postrzegamy siebie, jak również wiąże się z określonymi oczekiwaniami otoczenia, w którym nagle pojawia się chociażby teściowa. Ja sama również jestem już tylko kobietą z określonym imieniem i nazwiskiem – ba! przecież również samo nazwisko często się zmienia! Nie jestem tylko studentką, pracownikiem, przyjaciółką. Jestem żoną. Jestem czyjąś kobietą życia.

No właśnie – co to znaczy być kobietą? Alicja Majewska śpiewa:

“Gdzieś wyjeżdżać niespodzianie, coś porzucać bezpowrotnie,
łamać serca twardym panom, pewną siebie być okropnie…
Może muzą dla poetów, adresatką wielkich wzruszeń?
Być kobietą w każdym calu kiedyś przecież zostać muszę!”

Żeby chociaż częściowo odpowiedzieć sobie na pytanie dotyczące naszej kobiecości – musimy zacząć od skupienia się na mężczyźnie. Musimy zacząć od relacji, która dla każdej z kobiet jest jedną z najważniejszych, nawet jeśli czasem chcemy temu zaprzeczać. Jest to relacja z ojcem. Każda z nas jest przede wszystkim córką, albo musi umieć być córką zanim nauczy się być kobietą. Ogromną rolę w naszym kobiecym życiu odgrywa akceptacja przez ojca.

W życiu bywa z tym różnie. Odkąd sama jestem rodzicem, wiem jeszcze lepiej jak prawdziwe są słowa o tym, że nie ma ludzi idealnych. Nasi rodzice nie byli idealni. Nikt zresztą nie wchodzi w rolę matki czy ojca perfekcyjnie – nie rodzimy się rodzicami, stajemy się nimi. Popełniamy błędy. Każda z nas doświadczyła pewnie w jakimś stopniu konsekwencji tego, co było nie do końca dobrą relacją z ojcem. Bywają trudne sytuacje, w których ojciec jest nieobecny albo niezainteresowany dzieckiem. Zdarzają się też sytuacje z pozoru bliskie ideału, na przykład takie, w których tata traktuje córkę jak oczko w głowie, ale tak naprawdę jest jego próba skupienia na sobie uwagi.  Zdarza się, że takie osoby, kiedy są już dorosłe, kryją się za fasadą pewności siebie. A jednak za tym, co na pierwszy rzut oka wygląda na narcyzm, stoi niepewna swojej wartości mała dziewczynka. Dziewczynka, która wie, że jest ważna dla tatusia tylko wtedy, gdy może ją pochwalić, gdy ładnie wygląda albo odnosi sukcesy. Dąży więc do nich za wszelką cenę, szukając jednocześnie w związku tego samego, czego szukała przez całe dzieciństwo – podziwu. Trudno w takim związku o prawdziwą bliskość, bo ona wiązałaby się z porzuceniem masek i pokazaniem swojej niedoskonałości…

Idealną sytuacją jest ta, w której córka znajduje u ojca akceptację dla swojej kobiecości – ojciec nie lekceważy jej, czyli interesuje się nią i jest obecny w jej życiu,  a jednocześnie nie traktuje jej jak ozdoby w towarzystwie. Takie traktowanie przez ojca, taka życzliwość i wsparcie, budują tożsamość najpierw dziewczynki, potem nastolatki, a w końcu kobiety. Taka osoba ma świadomość tego, kim jest – jej obraz siebie jest stabilny, trwały, a ona dzięki temu może iść przez życie pokonując naturalnie pojawiające się wyzwania i budując głębokie związki. Przeczytałam takie bardzo wymowne zdanie: „Kiedy dziewczyna czuje się kochana, szanowana i doceniana przez tatę, otrzymuje od niego o wiele więcej, niż dawniej mieściło się w posagowej skrzyni” (Gisela Preuschoff)

No dobrze. A co jeśli skrzynia jest pusta? Co jeśli nie znałaś swojego ojca albo on pracował na trzy zmiany, a potem był zbyt zmęczony, by ogarniać rzeczywistość? Co jeśli dla taty istniałaś tylko wtedy, gdy na świadectwie miałaś same piątki albo gdy zdobyłaś tytuł małej miss na balu w szkole? Dla kobiety, która buduje swoje życie z Jezusem, to nie jest sytuacja bez wyjścia. Owszem, to trudne – zamiast pełnej skrzyni posagowej dostać ciężki bagaż doświadczeń. Wierzę jednak, że jednocześnie to jedna z wielu sytuacji, będących następstwem grzechu pierworodnego. To jedna z tych sytuacji, które sprawiły, że został nam dany Zbawiciel. Jezus, który jest miłością Ojca do nas.

Do każdej z nas, która czuje, że nie wie, czy jest kobietą i nie wie, jaką jest kobietą, Bóg – nasz Tata – chce powiedzieć jasno i wyraźnie: “Jesteś moją Córką”. Czasami bardzo trudno jest usłyszeć te słowa, ale mała dziewczynka, która kryje się w każdej z nas, która czasem tupie ze złości albo płacze po nocach, musi te słowa usłyszeć. Musi poczuć, że jest czyjaś, konkretna – że do kogoś należy. Że jest ktoś, kto cieszy się z jej obecności – tylko z faktu, że jest. Że nie musi nikomu udowadniać swojej wartości, bo Bóg mówi jej – jesteś wystarczająco dobra. Dopiero gdy każda z nas usłyszy te słowa, gdy je przyjmie – dopiero wtedy mamy szansę stać się nie tylko zranionymi dziewczynkami ukrytymi za maską doskonale sobie radzącej osoby, ale pełnymi pokoju i wiary w swoje możliwości kobietami. I dopiero wtedy jesteśmy w stanie zbudować szczęśliwe relacje, takie w których jesteśmy w stanie dawać i brać, a nie tylko oczekiwać, że mąż stanie się naszym schronieniem przed złem tego świata. I nie tylko dawać, jak w związkach patologicznych, gdy na przykład ktoś, kto jest DDA wiąże się z kimś uzależnionym.

Skoro przechodzimy do związków, to chciałam zaprezentować Wam kilka możliwych pułapek, w jakie może wpaść kobieta. One mocno wiążą się też z nieco inaczej rozumianą “skrzynią posagową”. Każda z nas wnosi w związek to, kim jest. Dominujące cechy naszego charakteru są takim “posagiem”, który otrzymuje mąż, niezależnie od tego, czy jest tego świadomy czy nieświadomy.  

Celowo przerysowuję te cechy po to, by można im się przyjrzeć nie tylko z uśmiechem, ale i z dystansem, bo gdy patrzymy na coś z daleka, gdy coś pozornie nas nie dotyczy, możemy dostrzec więcej. Stąd też tytuł dzisiejszej konferencji, bo hasło “kobiety na traktory” kojarzy mi się nie tylko z komunizmem, ale z próbą wtłoczenia kobiety w określoną rolę, niekoniecznie dla niej najlepszą.

W roku 1949 22-letnia Magdalena Figur ukończyła kurs dla traktorzystów i to jej zdjęcie posłużyło do wykonania znanego propagandowego plakatu. Magdalena stanęła na czele brygady traktorzystek i została skierowana na Żuławy. Wtedy nie były to wymarzone tereny rolnicze. Po ewakuacji w 1945 roku, Niemcy wysadzili tam wały przeciwpowodziowe, było więc to pełne słonej wody bagnisko. W takich warunkach bardzo ciężko było uprawiać ziemię, traktory często się psuły, a że brakowało do nich części zamiennych, Magdalenie Figur zdarzało się spać na ziemi pod swoją maszyną i pilnować, by nikt nie ukradł cennych części. Dzięki swojej determinacji została przodowniczką pracy, wykonując 150% normy. Dała radę. Narzucono jej pewną rolę, którą przyjęła i wypełniła. Dała radę, bo my kobiety zasadniczo dajemy radę. W przypadku jakiegoś zadania najważniejszym pytaniem nie jest to, czy mu podołamy, ale za jaką cenę.

Magdalena Figur zmarła wiele lat później bez rodziny, w hospicjum sióstr elżbietanek w Kwidzynie. Ciężko oceniać, co wpłynęło na to, że właśnie tak potoczyły się jej losy…

“Kobiety na traktory” to hasło, które przypomina, że czasem łatwo wejść rolę, która nie do końca nam służy. Pomyślałam, że podobnie dzieje się również w małżeństwie. Będąc w związku, może wpaść w pewne pułapki i wcielić się w konkretne role, wynikajace z naszego charakteru.

Pierwszą taką rolę nazwałam “JI Jane

To kobieta niezależna, która nawet słoika nie da mężowi w kuchni odkręcić. Taka kobieta, o której można powiedzieć, że ona i na traktory, i na misję do Iraku.  Ona sama wie, co jest najlepsze, aranżuje rzeczywistość tak, by odpowiadała jej planom i założeniom.To zazwyczaj osoba bardzo zorganizowana, o jasno określonych zasadach. Ktoś, kto patrzy z boku i widzi, że kobieta samodzielnie ogarnia urządzanie mieszkania, organizuje wyjazd na wakacje, a mężowi umawia wizyty kontrolne u kardiologa i dietetyka plus co pół roku profilaktycznie dentystę, może powiedzieć: “Ech, ty to masz kobietę-wszystko ogarnia. Musisz być chyba szczęśliwy, co?” A on odpowie na to: “No, muszę…”

Za taką postawą może kryć się lęk przed utratą wolności i skłonność do kontrolowania rzeczywistości. Może być tu sporo dobrych chęci, a jednak brakuje szacunku, przede wszystkim dla wolności drugiej osoby. Brakuje też przestrzeni na popełnianie błędów – JI Jane wie wszystko najlepiej i nie chce ryzykować, że gdy odda stery w ręce tego gościa, co to nawet nie zna peselu dzieci na pamięć,coś pójdzie nie tak jak ona by chciała.

Jak zrobić to dobrze?

Beretta Molla z mezem Piotrem FOTO:www.duchaniegascie.pl

Z pomocą przychodzi mi Joanna Beretta Molla – jedna z moich ulubionych świętych. Kobieta bardzo niezależna, nawet jak na dzisiejsze czasy. Jest znana z tego, że poświęciła swoje życie gdy była w ciąży z czwartym dzieckiem – działała tak, by ocalić małą Giannę Emmanuelę, przez co zmarła. Dużo mniej osób wie o tym, że Joanna przez długi czas nie ujawniała swojego stanu zdrowia, by nie martwić najbliższych. Dźwigała sama ten ciężar – to dopiero siła i niezależność! Wcześniej, jeszcze jako matka trójki dzieci, pracowała zawodowo. W latach pięćdziesiątych nie bała się nosić spodni, jeździć na nartach czy prowadzić samochodu. Prowadziła też dom i zajmowała się dziećmi w czasie licznych wyjazdów służbowych męża, Piotra. Przez to wszystko pokazuje, w jaki sposób kobieta niezależna, zorganizowana i wiedząca czego chce, może nie tłamsić siebie samej w związku, ale rozkwitać. Joanna, wychodząc za mąż, nie zrezygnowała przecież z bycia sobą – ona w tym dojrzała.

Chciałam podzielić się z Wami fragmentem z jej listów jeszcze z okresu narzeczeństwa.

“Piotrze, pragnę być dla Ciebie tą dzielną niewiastą z Ewangelii! Mam jednak wrażenie, że jestem taka słaba. (…)Od dziś proszę Cię, Piotrze, o jedną przysługę. Jeśli zobaczysz, że czyniłabym cokolwiek, co nie jest dobre, powiedz mi o tym, popraw mnie. Czy rozumiesz? Będę Ci za to zawsze wdzięczna.”

Kiedy przeczytałam to po raz pierwszy, pomyślałam – o nie, to nie dla mnie, jeszcze czego. A jednak te słowa zostały we mnie i nie dawały mi spokoju. Jakie poczucie własnej wartości musi mieć żona, by prosić męża o to, by ją poprawiał? Jaką musi mieć pewność siebie? Jak bardzo musi być przekonana, że została przez Boga stworzona z miłości i żadne ludzkie słowo tego nie zmieni? I że wypowiedziane z troską napomnienie może nie być przyczyną kłótni a czymś, co jej pomoże w stawaniu się lepszą kobietą?

Ile razy ja obrażałam się na męża nawet, gdy słusznie zwracał mi uwagę? Chciałabym tak silna jak Joanna – silna na tyle, by w naturalny sposób być pokorną i skierowaną na drugiego człowieka.

Leżę i pachnę

To kolejny typ, o którym chciałabym opowiedzieć. W pewnym sensie to przeciwieństwo JI Jane. Mąż jest po to, by życie było lżejsze, ona jest trochę jak sierotka Marysia, ale Marysia zawsze jest zadbana i podąża za najnowszymi trendami w modzie. W taki sposób pojmuje kobiecość. W związku priorytetem jest nie tyle bliskość, co wygoda. A pod tym wszystkim kryje się lęk przed podejmowaniem decyzji i utratą stabilizacji, lęk przed byciem odrzuconym. Taka kobieta rzadko brała wcześniej życie we własne ręce i gdy tylko może, oddaje tę odpowiedzialność komuś innemu.

Kto może przyjść nam z pomocą, by spojrzeć na to nieco inaczej?

Anna Maria Taigi. Znowu Włoszka, która rzyszła na świat w 1769r w Sienie, w dość zamożnej rodzinie, która jednak w związku z kryzysem ekonomicznym znalazła się na skraju bankructwa. Anna od młodych lat musiała więc pracować, szybko zyskała zresztą względy rodziny, u której była pomocą domową. Uśmiechnięta, pogodna i ubrana zawsze gustownie, elegancko, zgodnie ze zmieniającą się modą, choć też skromnie. Niestety Anna nie wychodzi szczęśliwie za mąż – jej mąż okaże się gwałtownikiem o trudnym charakterze, a nawróci się dopiero po jej śmierci. Anna dba jednak zarówno o niego, jak i o swoje dzieci, a w związku z trudną sytuacją materialną całymi nocami zajmuje się szyciem na zamówienie. W pamięci ludzi zapisuje się jako osoba przedsiębiorcza, pełna pokoju mimo przeciwności, a jednocześnie również zawsze elegancka i ubrana stosownie do okazji.

U Anny, rozmodlonej i oddanej Bogu poruszyło mnie jeszcze jedno. Kiedy któreś z dzieci zachorowało i nie mogła przez to uczestniczyć we Mszy św., czuwała przy jego łóżku i mawiała: „w takim przypadku zostawiam Boga dla Boga”.

To pokazuje mi również, w jaki sposób traktować obowiązki wynikające z bycia mamą.

A właśnie “mama na 1200%” jest moją kolejną propozycją do refleksji.

Mama na 1200% procent. Albo nawet na milion. Kobieta, dla której po urodzeniu się dziecka mąż przestaje istnieć. Liczy się tylko dziecko, czas spędzany z nim we dnie i w nocy, a potrzeby małżonka schodzą nawet nie drugi plan, ale na dziesiąty. Bo jak dziecko jest na pierwszym, to dobry pediatra na drugim, a na trzecim koleżanki z forum dla świeżo upieczonych mam. Jak chrześcijańska mama ;) absolutnie nie mówię, że mama nie ma być “mamina”. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć jednak, że rolę mamy i żony można połączyć – oczywiście wszystko ulega modyfikacji. A mama, która przekreśla wszystkie inne relacji wraz z momentem pojawienia się dziecka, z dużym prawdopodobieństwem nie będzie w stanie dać mu wolności w późniejszym życiu, w momencie gdy nieuchronnie będzie musiało wyfrunąć z rodzinnego gniazda. A gniazdo zostanie puste, tak jak i serce…

Jak przeżyć to dobrze? Podpowiedzią może być życie Marii Zelie Martin, mamy świętej Tereski od Dzieciątka Jezus. Państwo Martin mieli dwóch synów i siedem córek. Realia tamtych czasów, epoki bez szczepień czy antybiotyków, były brutalne – wiek dorosły osiągnęła jedynie piątka ich dzieci. W pogodzeniu się z tą stratą pomogła jej wiara – pisała w jednym z listów: “wielkim dobrem jest posiadanie małych aniołków w Niebie, jednak ich utrata nie staje się przez to mniej bolesna, oto wielkie cierpienia naszego życia”. Wszystkie córki państwa Martin wybrały życie zakonne. A wolność wewnętrzna rodziców, zapewne niepozbawiona zmagań przecież, wywarła wrażenie również na przyszłej świętej, małej Teresce, która tak napisała o rodzicach:

“Czyż Pan nie obiecał stokrotnej zapłaty w tym życiu temu, kto zostawi dla Niego ojca, i matkę, i siostry?… Wiem, że zazwyczaj te słowa stosuje się do dusz zakonnych, czuję jednakowoż w głębi duszy, iż zostały one wypowiedziane do rodziców, którzy w swojej hojności poświęcają dzieci droższe ich sercu, niż oni sami.”

Pułapek, w które możemy wpaść w małżeństwie jest dużo więcej. Znam na przykład pary, które mogę określić jako

Super Glue, czyli wszystko razem z moim misiaczkiem. Czasem mam wrażenie, że w takim związku można się udusić z miłości, a w tym wszystkim ukryta jest pewnie głęboko zazdrość.

Zdarza mi się też widywać żony modne, czyli takie, które zawsze trzymają fason, nawet na Świnicę pójdą w szpilkach i nastawiają budzik pół godziny przed mężem żeby zrobić makijaż.

Nie będę jednak kontynuować naszej przebieżki przez żywoty świętych, bo myślę, że każda z nas może poszukać dla siebie takiej inspiracji. Każda z nas jest JAKAŚ. Nawet jeśli w okresie narzeczeństwa piłujemy nasze różki i pokazujemy się z jak najlepszej strony, prawda o tym, kim jesteśmy, jaki mamy charakter, wejdzie razem z nami do naszego związku, jak zawartość skrzyni posagowej. To, co nas określa – nasz temperament, charakter, sposób bycia – to jednocześnie źródło siły, potencjału, życiowej energii, jak i zagrożenia. Nie powinnyśmy od tego uciekać. Musimy być świadome tego, jakie jesteśmy, co w życiu cenimy – po to, by to dobrze wykorzystać, by nie wpaść w czekające na nas pułapki. Fajne, święte żony i matki mogą nam w tym podpowiadać.

A przy okazji świętości chciałam jeszcze powiedzieć, że każda z nas, z tym zestawem cech, z którym Pan Bóg nas stworzył, ma swoją małą misję. Nasza kobiecość może być odpowiedzią na jakiś głód w świecie – w tym małym świecie, do którego Bóg nas posyła. Każda z nas może być kimś, kto wnosi radość i sens w życie męża, dzieci, sąsiadki, osób spotykanych w pracy. Żeby tak się działo, nie możemy jednak całym bogactwem swojego charakteru wcisnąć się do szablonu “katolicka żona idealna”.

Żyjemy w czasach, w których wymaga się od nas bycia idealnymi – mamy sobie radzić w pracy, dobrze wychowywać dzieci, orientować się w nowościach muzycznych i kinowych i jeszcze nie oddalać się za bardzo od ideału 90-60-90. 

Katoliczki mają podwójnie pod górkę, bo oprócz tego słyszą często, że mają być ułożone, miłe, zaangażowane w Kościół, ale z klasą i bez ekscesów, mają mieć dużo dzieci i doskonale odnajdować się w roli mamy. Wydaje mi się, że to ciężar, który same sobie wkładamy na plecy. I ja sama mam czasem wyrzuty sumienia, słysząc “a kiedy to to robisz” (“to”, czyli wszystko co wiąże się z ewangelizacją). Robię wtedy szybki rachunek sumienia: ile siedziałam z dziećmi nad matmą, ile koszulek wyprasowałam i co wkładałam do śniadaniówek. Sprawdzam, czy mieszczę się w szabloniku… Tymczasem nigdzie w Biblii nie jest napisane, że mamy być idealnymi żonami.

Ideał kojarzy mi się z pewnego rodzaju szablonem. Szablon przykładamy do jakiejś powierzchni, odrysowujemy i tniemy – wycinamy, odcinamy, odrzucamy i przy okazji się ranimy. Ideał to coś, do czego musimy przyciąć nasze życie. A Bóg mówi: “świętymi bądźcie”. Świętość jest skrojona na naszą miarę. Droga do świętości dla każdego z nas jest inna, bo wykorzystuje nasz potencjał, nasze unikalne cechy, Boże dary.  Świętość jest skrojona na miarę nas i naszej codzienności – nie trzeba szukać umartwień, bo tak naprawdę je dostajemy często w pakiecie razem z obowiązkami, nie trzeba wzdychać z tęsknotą za wyjazdami na misje (choć pewnie to również droga dla niektórych), bo nasze małe codzienne misje czekają na nas w domu i pracy. I uczą nas miłości, a to najważniejsze.

W liście do Tytusa jest takie zdanie, w którym święty Paweł pisze, że starsze kobiety mają “uczyć innych dobrego”. W dosłownym tłumaczeniu z greki czytamy, że mają nauczać piękna. To piękno bierze się z naszego serca, z tego kim jesteśmy – tak konkretnie. Trzeba wykorzystywać te nasze mocne cechy, rozwijać je mądrze.

Droga do tego, by  taką kobietą, jaką Bóg chciałby bym była, nie prowadzi przez dopasowanie siebie do wzoru “idealnej żony”. Ta droga wiąże się z poznawaniem siebie, dostrzeganiem unikalnych darów, jakie od Niego otrzymałam i rozwijaniem ich, by być w pełni sobą. Być kobietą nieidealną, ale taką, która widząc zarówno swoje zalety, jak i wady, potrafi powiedzieć z wdzięcznością: “Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie”

(konferencja wygłoszona 8.03.2018 w Gdańsku-Wrzeszczu na zaproszenie DA Winnica)

Spotkanie.

Gdyby dla Jezusa liczyła się skuteczność definiowana według naszego spojrzenia na świat, po zmartwychwstaniu powinien objawić się tłumom. Mógłby zacząć od świątyni jerozolimskiej albo od Golgoty, co byłoby w sumie wymownym symbolem. Na kolana padłby wtedy Piłat i arcykapłani, a ci którzy jeszcze dwa dni temu krzyczeli „ukrzyżuj, ukrzyżuj!” znaleźliby się w stanie przedzawałowym.

Nic takiego jednak się nie stało. Czytania prowadzą nas co roku podobną drogą – przyzwyczaiłyśmy się do tego. A gdyby dzisiaj spojrzeć na to świeżym okiem? Gdyby zachwycić się tym, że w zmartwychwstaniu nie chodzi o takie ludzkie zwycięstwo, które często jest naszym spełnieniem marzeń? Bo my chcemy mieć rację, chcemy przeciwników rozłożyć na łopatki (a może i powalić na kolana) celną puentą i ciętą ripostą, chcemy zatriumfować…

W Jego zmartwychwstaniu tego nie znajdziemy. Jego zmartwychwstanie nie prowadzi do wyrównania ludzkich rachunków. Ono prowadzi do spotkania –  twarzą w twarz z konkretnym człowiekiem. „Mario” – powie Jezus do zapłakanej kobiety, dla której był całym Życiem. Powie to w taki sposób, że również w niej coś zmartwychwstanie.

W taki sam sposób chce dziś mówić do Ciebie i do mnie. Po imieniu, konkretnie, ze spokojem i w atmosferze bliskości. Nie interesuje Go tłum – On pragnie prawdziwego spotkania z człowiekiem, z tym co w nas najbardziej nasze, co może chowamy przed innymi. Albo przed sobą chowamy – w grobie podobnym do tego, który rozświetliła jasność wielkanocnego poranka.

Jezus nie szuka tłumu. Szuka konkretnego człowieka. Szuka ludzi, którzy wezwani po imieniu, zaproszeni z miłości i z miłością, stworzą wspólnotę. Aby tak się stało, trzeba spotkać Zmartwychwstałego twarzą w twarz i usłyszeć swoje imię, wypowiedziane z czułością i troską. Tego dzisiaj życzę – Tobie, sobie i każdemu, kto tworzy wspólnotę Kościoła. Życzę doświadczenia Jego obecności w tym, co w Tobie najbardziej Twoje. I w tym, co pogrzebałaś w rozpaczy i beznadziei. Życzę Ci spotkania, które daje Życie. Życzę Ci tego spotkania teraz, dzisiaj, tu.

Pomysł.

A Maria Magdalena i Maria, matka Józefa, przyglądały się, gdzie Go złożono. (Mk 15,47)

Potrafię sobie wyobrazić tę scenę. Potrafię wejść w nią całą sobą, bo moje serce na co dzień godzi w sobie skrajności: mogę być być pogrążona w rozpaczy by po chwili szaleć z radości.  Mogę być krańcowo zmęczona a jednak wykrzesać z siebie siłę, by zrobić coś dla tych, których kocham. Nie wiem, jak czuły się kobiety, obserwujące złożenie ciała Jezusa do grobu. Domyślam się jednak, że też mogły nosić w sobie to, co skrajne – obezwładniający, zabierający siły smutek a jednocześnie chęć działania, pomocy, podjęcia konkretnej aktywności, która będzie w stanie zmienić coś. Cokolwiek. Chociażby było to tylko przygotowanie wonności i olejków dla Tego, który odszedł.

Były przy tym niewiasty, które z Nim przyszły z Galilei. Obejrzały grób i w jaki sposób zostało złożone ciało Jezusa. Po powrocie przygotowały wonności i olejki; lecz zgodnie z przykazaniem zachowały spoczynek szabatu. (Łk 23,55-56)

To był dobry plan działania. To był punkt zaczepienia, coś, o czym można było myśleć w chwilach, gdy beznadzieja i smutek przypominały o Golgocie. Kobieca zaradność,  skłonność do planowania i podejmowania prób naprawiania rzeczywistości – to właśnie widzę w tej scenie. Może dlatego, że widzę w niej w jakimś stopniu samą siebie. Ja często też mam pomysł na to, w jaki sposób posklejać to, co rozsypało się w drobny mak. Biegnę z bandażem by opatrywać rany, potrafię wyczarować obiad na zasadzie „coś z niczego”, byle tylko nakarmić głodnych. Nie umiem wskrzeszać umarłych, ale mogę przynajmniej przygotować wonności i olejki, by po raz ostatni wyrazić swoją miłość i zaangażowanie. Choć w taki sposób mogę przez swoje działania zrobić coś dobrego. Bo ja muszę działać. Muszę naprawiać, sklejać i ulepszać. Po swojemu.

Mam pomysł na świat, siebie i Boga. Taki pomysł miała również Maria Magdalena i niewiasty, „które z Nim przyszły z Galilei”. Nie wzięły pod uwagę tego, że tym razem naprawianie świata to niech ich rola. W dzień szabatu nie wiedziały jeszcze, że czeka je niespodzianka. Nie wiedziały, że następnego dnia te starannie przygotowane naczynia z wonnościami i olejami wypadną im z drżących rąk i rozbiją się o ziemię, w reakcji na zadziwiającą wieść. Wszystko będzie inaczej. Nic nie wydarzy się zgodnie z planem. I to właśnie będzie najlepsza nowina i dla nich, i dla całego świata.

Dzisiaj zapewne spędzasz czas na przygotowaniach. Może pochłaniają Cię zmaganie kulinarne, może sprzątasz, a może trwasz w ciszy i modlitwie przy Panu. Może jesteś w tym podobna do kobiet, które w pewną sobotę dwa tysiące lat temu też miały głowę pełną pomysłów i planów na dzień kolejny. Cokolwiek jednak chcesz naprawiać w sobie czy w innych, w jakiejkolwiek aktywności chcesz się spalać dla większego dobra, zapytaj dziś Jego, jakie są Jego plany i oczekiwania. Możesz mieć pomysł – na świat, siebie i Boga. Ale może Jego pomysł jest lepszy?